Zagubieni duchowo

Przychodzą do mnie z ciężkim westchnieniem, przynoszą szepty nocy, zmory bezsenności, luidory dobra, pakiety żalu, niepokoje, dylematy, trudne wybory, lamenty, oddechy rozpaczy, łkania serca, skrzydlaty trzepot duszy, wątpliwości, rozterki i pytania.

Czuję się zaszczycony niczym mędrzec, ale i zakłopotany – czy sprostam wyzwaniu. Spodziewają się mądrości mego milczenia, wyrozumiałości dla błędów, potknięć i pomyłek. Oczekują efektywności moich rad, skuteczności moich metod, wysokich lotów moich refleksji i błyskotliwej konwersacji. Wyczekują na osuszenie łez, na uwolnienie z konieczności zakładania masek. Chcą ulgi w cierpieniu, oczekują na zatroskanie, ale ciągle  z uporem trzymają się kolein dzieciństwa.

Przywiodły ich do mnie nawałnice i sztormy emocji, które burzą spokojną toń ich egzystencji, zakłócają lazur nieba i uroki życia. Boją się głodnych rekinów wokół nich – ludzi pazernych, agresywnych i roszczeniowych. Skuleni, zwątpieni, uważający, że nie zasługują na przyjaźń, nie liczą już na  miłość ludzi. Snują się na marginesie życia i boją się wyjść z ukrytych zakamarków, ze ścieżyn na autostradę życia, na promenady słońca, w błękit nieba.

Moi podopieczni - płyta

Moi podopieczni – płyta

Przychodzą napełnieni ideałami, niezaśpiewanymi pieśniami, zasobni w dobro, którego nie chcą zmarnotrawić, ale nie mają komu ofiarować – i trwają w oczekiwaniu na właściwą chwilę i odpowiedniego człowieka. Niektórzy przegapili okazje, gdy miłość pukała do ich serc. Bali się wyjść jej naprzeciw. Ich samotność wyostrza zmysły, wzmaga czujność i każe im z większą czułością zaopiekować się dzieckiem w sobie. Kurczowo trzymają się swego Anioła Stróża, który uczy ich żyć bez trwogi, gdy wszystko wydaje się być złowrogą rzeczywistością.

Są wśród nich tacy, na których nikt nie czeka, do których nikt nie przyjdzie – chyba, że z rachunkiem za łyk wody, za haust powietrza, za obecność wśród ludzi. Ich ramiona są puste, twarze skamieniałe w tępym uczuciu oddalenia i wyizolowania. Przeszłość ukształtowała ich zachowania, ich wybory, ich fobie i usytuowała ich pod mostami pełni życia. Oni w swej wędrówce zasłaniają się przed światłem radości.

Gdy na nieboskłon wchodzi ciemna zasłona nocy nakrapiana gwiazdami, wpatrując się w nią, próbują w konstelacjach odnaleźć wyrocznię, wróżbę i przepowiednię na najbliższą przyszłość. Bywa, że przygniata ich ciężar noszonej tajemnicy – rodzinnego tabu. Za cenę tej tajemnicy, zaklęci w magicznym tabu, gotowi są znosić upokarzający ból, drwiny i szyderstwa. Wybierają drogi nieuczestniczenia, schodzenia z oczu, bo brak im odwagi, która jest dla nich elitarną cnotą. Życie bodzie ich kantami stłuczonego kryształu. Oni nie wchodzą w żadne układy, nie tworzą koterii. Dla nich wierniejsza jest psia przyjaźń, niż ludzkie deklaracje i zapewnienia o niej.

Przychodzą też z chłodem duszy, ze spuszczonymi oczyma bez blasku i zaledwie z iskierką nadziei, która popchnęła ich do działania. Bywa, że nie w pełni znają sytuację swego położenia i swych uwarunkowań. Widuję w nich pewną płochliwość emocjonalną, nadwrażliwość determinowaną przeżyciami i mur mechanizmów obronnych, za którym schowało się małe dziecko.

Osobliwą kategorię stanowią ci, którzy myślą i mówią tekstami języka telewizyjnego, używając stereotypów, szablonów, kalek, gotowców. Jakże trudno doszukać się w tych wypowiedziach własnego języka uczuć, wrażeń. Owe gotowce i szablony stanowią  zaporę i maskę przed ujawnieniem naturalności i autentyczności. Mówią językiem powabnych reklam, za którymi schował się człowiek. Są i tacy, którzy nadmiernie milczą, bo może uważają, że przez słowa ulatuje sens, jak przez dziurawe sito. Bywają też osoby nadmiernie egzaltowane, usiłujące nadmierną paplaniną przykryć i zamaskować główny problem, który ich do mnie przywiódł. Bywają i tacy, którzy nie potrafią słuchać, którzy boją się ciszy i coś ich pcha do werbalizowania siebie.

Rozmawiam i z takimi, dla których świat zbyt szybko pędzi,  a oni nie mają dostatecznie wykształconych mechanizmów przystosowawczych i dlatego czują się zagubieni i boją się konfrontacji ze zmieniającymi się realiami. Ograniczają obszar swego fizycznego i psychicznego bytowania, bo w zawężeniu i ograniczeniu swej egzystencji czują się pewniej.

Miewam do czynienia z osobami nadzwyczaj inteligentnymi, którzy nie mogą wykorzystać swego intelektualnego potencjału z powodu blokad i emocjonalnych zapór. Przybywają do mnie osoby, na których widać razy napomnień z dzieciństwa, którymi próbują  zasilać swoją dorosłą egzystencję.

Mam okazję obcować z takimi, którzy zbyt długo wypijali soki z cudzego życia, zbyt długo byli przyssani do piersi. Mam też do czynienia z osobami zbyt mocno wyhamowanymi, kosztującymi życia łyżeczkami tam, gdzie mogliby czerpać chochlami. Obcuję z takimi, którzy nie dowierzają świadectwu swoich oczu i uszu oraz innych zmysłów. Znają godność swej słabości i jakoś dryfują po oceanie życia w swej szarej codzienności.

Osobliwą kategorię osób stanowią kobiety. Zdarza mi się spotykać z nadzwyczaj urodziwymi, powabnymi, o czarownym spojrzeniu, o miłej powierzchowności, o walorach, którymi można by obdzielić kilka kobiet. Co je sprowadza do mnie?  Wywrotki na zakrętach życia, niespójny system wartości, nierealistyczne nastawienie do świata – a w nim do ludzi, roszczeniowe postawy, niechęć lub nieumiejętność sprostania w roli żony i matki, rozczarowania mężem, manipulatywny sposób zachowań, nieumiejętność radzenia sobie z realiami życia i inne okoliczności. Wystukują rytm swoimi obcasikami na panelach poczekalni gabinetu, by za chwilę oznajmić mi swój nie do końca prawdziwy powód wizyty. Czasem werbalizują swoje stany emocjonalne, mówią o swoich osiągnięciach i zaszczytach, o certyfikatach i doktoratach, by na końcu zwierzyć się ze swojej samotności, przed którą uciekają wchodząc w płytkie relacje z innymi, przyklejając się do osób i uciekając w pracę. Dopiero terapia uświadamia im, że budują zamki na piasku, że tworzą wydmuszki więzi, że nawiązują pozorne i fałszywe przyjaźnie. Zabijają swoją codzienność, czynią nieefektywne i nietrwałe inwestycje. Dzielą się ze swoimi znajomymi niskim nominałem myśli, nie najważniejszymi treściami i powierzchownością własnego przeżywania. W zamian otrzymują to samo: zardzewiałe guziki uczuć, zdewaluowane monety, nieświeże resztki ze stołu, resztki deseru, który został po ważniejszych gościach, słowa o wątpliwej wartości.

Gdy krzyżują się nasze spojrzenia, to czasem zauważam wahanie i sondowanie, czy powiedzieć kłopotliwą prawdę i ile tej prawdy ujawnić. Wtedy uświadamiam sobie, że ta osoba potrzebuje czasu, bym mógł przystąpić razem z nią do plewienia na jej działce wspomnień. Bym mógł przegonić z jej nieba stare i młode smutki, bym przywołał  z jej przeszłości przyjazne wiatry aby wspomagały żeglugę bez konieczności dryfowania. W swoich empatycznych wizjach zdaję się dostrzegać jej wewnętrzny płacz, którego łzy przepływają ukrytymi kanałami.

Bywam testowany przez swoich pacjentów, najczęściej już od pierwszego wejrzenia i wstępnego słowa. Nie dziwię się, gdyż przywożą do mnie ze sobą resztki nadziei, a czasem ostatnią nadzieję. Przywożą trudne  sprawy, supełki swej egzystencji, swego położenia. Przywożą też pieniądze. Nie dziwię się, że sondują wszystkimi zmysłami już od pierwszej wizyty. Moim zadaniem jest rozpoznać oczekiwania, urealnić je i dostarczyć dowodów, które amplifikują nadzieję – i w końcu przyjść z pomocą. Terapia pomaga takim osobom zauważyć to, co dotychczas umykało obok ich uszu, co tracili, na ile byli skoncentrowani na sobie. Mają szanse wejść na obszary  wartości i duchowości aby zrobić na nich remanenty, by dokonać porządkowania i transformacji.  Bywają tacy, którzy boją się nocy, boją się snu. Odpowiedzi na pytanie – dlaczego? – prowadzą na prozdrowotne szlaki ku lepszemu jutru.

Osoby po wylewach, udarach i krwiakach mózgu, którym z dnia na dzień zawalił się świat, to trudna kategoria osób wymagająca wielospecjalistycznej pomocy. Tacy też odwiedzają rodzinnie mój gabinet.

Osoby jąkające się to najliczniejsza grupa osób, których tysiące odwiedziło mój gabinet.

Wyjątkowymi osobami są w moim gabinecie dzieci. Stoją mi przed oczyma słowa Janusza Korczaka, który powiedział: „ Gdy śmieje się dziecko śmieje się cały świat”. Staram się sprostać też temu przesłaniu: „Jesteś tyle wart, ile warta jest ulga, którą niesiesz i radość, którą potrafisz sprawić”.  I to przesłanie biorę sobie do serca.

Cierpienie dziecka nie zawsze jest zwerbalizowane. Ze spojrzenia, z postawy, z głosu, z zachowania  wnioskuję o jego niemożnościach, upokorzeniach i  o trudnościach normalnego rozwoju. Mam możliwość spotykać  bardzo zatroskanych rodziców, którzy niczym herosi podejmują trud wielu wyrzeczeń, by przyjść z pomocą dziecku, które nie do końca rozumie konieczność zabiegów wokół niego. Zaangażowana postawa rodziców i mnie dopinguje w staraniach.

Gdy widzę przed sobą osobę z plecakiem smutku i rezygnacji, próbuję drżącą ręką rozniecić zapałkę, by rozświetlić nią jej gwiazdę w czerni nocy. Próbuję skłonić moich podopiecznych do szukania własnych dróg bez czekania na lepszy czas, gdyż nazbyt długo chodzili ubitymi przez innych szlakami w zasięgu łańcucha, którego długość określił ktoś inny.
Zbyt długo znajdowali się na obszarze okrojonej wolności.

Mając przed sobą człowieka w jego cierpieniu uświadamiam sobie jego bogatą strukturę i to, że nie ma jednej drogi pomagania dla wszystkich. Trzeba pochylić się nad każdym oddzielnie z cierpliwością, w pokorze i z szacunkiem.

Jak bogaty powinien być mój arsenał dobrych rad, mądrych myśli, sprawdzonych metod, szlachetnych intencji, by skutecznie przychodzić z pomocą, by ogarniać  chaos życia, by kompensować deficyty, by przeganiać mary przeszłości i budować nową rzeczywistość na innych fundamentach? Ileż czasu potrzeba, by wykreować nowe postawy, by przetransformować hierarchię? Te pytania i ja każdorazowo stawiam sobie.

Usiłuję rozpoznać silne strony osobowości i na nich budować fundamenty zmian. Sugeruję moim podopiecznym patrzeć na życie  z życzliwością. Podpowiadam, by traktowali swoją duchową i fizyczną nieporadność oraz zagubienie z poczuciem humoru, by nauczyli się nawet w mrokach nocy znajdować kolory życia, by poprzez radość i uśmiech zapraszali do siebie lato z jego urokami, by szli słoneczną i strojną stroną życia. Próbuję uczyć ich  zamieniać lamenty na uśmiech, szyć  sieci radości, przecierać wewnętrzne szyby słońca i zarażać innych dzielonym szczęściem.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Nie tylko praca, Rozmowa ze specjalistą. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.