Urokliwe komnaty ducha

Czasem najbardziej sprawdzone metody i sposoby pomagania nie dają spodziewanych efektów terapeutycznych. Bywało, że uczniowie najsławniejszych psychoterapeutów, starannie naśladujący mistrzów w stosowaniu ich metod, sami nie osiągali podobnych rezultatów terapeutycznych. Bo to nie od metod, nie od narzędzi i procedur zależą efekty, a w głównej mierze od metaumiejętności, od relacji pacjent – terapeuta, od klimatu tworzonego w procesie terapeutycznym. Pisałem o tym w książce „Niejawne strategie w terapii jąkania”. Psychoterapia to delikatna materia obcowania z drugim człowiekiem, który nie od razu chce i może wyjawić istotę problemu. Terapeuta, w swojej dociekliwości, w poszukiwaniu praprzyczyn bólu, cierpienia i dysfunkcjonalności, dotyka wrażliwych stron, dotyka przeżytej i zepchniętej do podświadomości traumy. Od tego, jak to robi, zależy efekt relacji terapeutycznej, a dalej – efekty terapii.

Bardzo często przekonuję się, że za objawem jakim jest np. jąkanie się, kryją się przeżycia i doświadczenia, które ten objaw prolongowały i niosły w życie dorosłe. Gdy uda się dotrzeć do źródeł przyczyny patologicznego objawu, łatwiejszą i efektywniejszą staje się terapia.

Niekiedy przechadzam się w cieniu wielkości, bogactwa i różnorodnej złożoności  duchowej pacjentów, by  z zakamarków ich pamięci wydobyć to, co ważne dla terapii. Odwiedzam łąki marzeń i bywam w nocach lęku moich podopiecznych. Zapraszam ich w ciszę, z której wyrasta wiele szlachetnych zachowań i odkrywa się wiele przymiotów rozpoczynających zmiany. Pomagam też wychodzić z poziomów przeciętności. Nie dbam o każdorazowy sukces, wkalkulowuję porażki i dążę by moja praca przynosiła dobre owoce w dłuższej perspektywie.

Tym co budują zamki w chmurach, pomagam dobudowywać do nich fundamenty na ziemi. Pomagam też określać cele, by wyrazistsze stawały się drogi, by mogli grać na własnym instrumencie w wielkiej orkiestrze życia. Bywa, że mówię im to, czego nie chcą słyszeć i wskazuję na to, czego nie chcą widzieć. W swoim gabinecie spotykam osoby, które czyniły niewłaściwe inwestycje emocjonalne i przeżywały rozczarowania nimi. Niecierpliwym próbuję wykazać, że sukces jest sumą małych wysiłków powtarzanych dzień po dniu. Wyizolowanym usiłuję wykazać, że nadzieja przychodzi wraz z drugim człowiekiem.

Czasem przychodzi mi zastanawiać się, jak czerpać siłę z niechlubnej przeszłości, jak wskrzeszać moc z popiołów, jak opróżniać czarę goryczy, jak wyrwać bolące zęby zaprzeczeń i kłamstwa, jak uczesać troski i uładzać codzienność, jak poszerzać kieszenie serca, jak ożywić wyblakłe kolory tęczy. Próbuję nastroić instrumenty dusz, by mogły wyrazić ból, wykrzyczeć rozpacz, smutek, radość i szczęście. Szukam kotwic dla tego co ocalało w zawieruchach  przeszłości, na marnotrawnych szlakach. Czasem w zaufaniu bywam zapraszany do urokliwych komnat ducha i w majestat pól, bym mógł rzucić na nie złote ziarno, bym mógł ożywić wskazówki życia. Niekiedy sięgam w odległą przeszłość aż do Betlejem, by przywołać radosne anioły świtu, by  z czeluści przeszłości wydobyć zdrowe ziarna, by tryumfalnie przywrócić je życiu,  Czasem czuję się jak halabardnik południa, który słonecznym grotem uderza i wybudza z letargu.

Razem z moimi podopiecznymi cieszę się z ich osiągnięć, z małych zwycięstw i z transformacji osobowych. Cieszę się, gdy uda mi się podnieść kogoś z dna rozpaczy i przywrócić mu poczucie wartości oraz wprowadzić go na salony. Ze smutkiem wspominam tych, którzy nie dali sobie i mnie szansy na przyjście im z pomocą.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Terapia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.