Terapia holistyczna – wywiad z Antonim Bochniarzem

Idąc śladami publikacji (m.in. w „Charakterach”)  o nadzwyczajnych efektach terapeutycznych Antoniego Bochniarza,  dotarłem do Gabinetu logopedycznego DEMOSTENES w Żorach, którego właściciel prowadzi terapię nie tylko zaburzeń mowy, którego oddziaływania terapeutyczne mają charakter holistyczny.

Prowadząc terapię, porusza się pan po obszarach tajemnych, wstydliwych, intymnych swoich pacjentów. Po co to wchodzenie na te obszary? Czy nie da się usunąć objawu bez odwoływania się do przeszłości, do wcześniejszych doświadczeń, przeżyć i uwarunkowań? Czy nie prościej byłoby zająć się samym objawem?

Od wielu lat i coraz częściej skłaniam się ku terapii holistycznej. Interesuje mnie człowiek w jego sferze fizycznej, psychicznej i duchowej. Takie podejście daje większe gwarancje sukcesu terapeutycznego. Sukcesu nie tylko w sferze komunikacji werbalnej, ale na różnych obszarach funkcjonowania jednostki. Do takiego podejścia zostałem zainspirowany postawą i publikacjami prof. Antoniego Kępińskiego oraz profesora Stefana Ledera, o czym piszę w  książce „Niejawne strategie w terapii jąkania”. Efekty takiej terapii dają więcej satysfakcji. Oto przykład z mego archiwum.

Czasem udaje mi się poszerzyć horyzonty postrzegania i przeżywania mego pacjenta. Bywa, że przemierzamy wspólnie koszmarne obszary przeżyć z przeszłości i znajdujemy drogi wyjścia na słoneczną autostradę życia. Cieszy mnie jego powstawanie z klęczek, wychodzenie z cienia i zauważanie jego zmian. Jestem dumny, gdy uda mi się przetransformować świat wartości, przeżywania i doświadczania oraz życia na miarę odkrytych walorów mego podopiecznego. Jestem rad, gdy mam warunki by oddziaływać korekcyjnie, terapeutycznie i formacyjnie. Wtedy efekty są owocniejsze na różnych obszarach funkcjonowania jednostki. Bywa, że w zwyczajnym człowieku odkrywam nadzwyczajne przymioty, na które stawiam w terapii. Bywa, że w postawie Kopciuszka widzę urokliwą kobietę tkwiącą w zahamowaniu swej ekspresji, swego dobra i swego potencjału. Fascynacja człowiekiem ułatwia mi docieranie do perełek i pokładów dobra nieeksploatowanego i zaniedbanego. Wędrówki po labiryncie lęków, traum i zahamowań pozwalają niekiedy odkryć przyczynę dysfunkcjonalności i objawów nerwicowych, do których należy też jąkanie się.

Antoni Bochniarz

Antoni Bochniarz, specjalista zaburzeń mowy

Odbywał pan szkolenia z zakresu psychoterapii w renomowanych ośrodkach w kraju i za granicą. Więc, może pan powiedzieć: Jakie warunki, jaka postawa pacjenta w terapii warunkuje dobre efekty?

Efekt w dużej mierze zależy od pacjenta. Długo nie byłem tego świadom i jeśli mi się nie udawało pomóc pacjentowi, to w przeszłości głównie siebie obwiniałem za niepowodzenia. Dzisiaj wiem, że efekt zależy w znacznej części od pacjenta. Czasem bywa zależny też od sojuszników w terapii.

Gdy pacjent zaufa mi, gdy bywa kreatywny w autorefleksyjnym analizowaniu swych uwarunkowań, zdarza się, że sam staje się odkrywcą innych przestrzeni i innego, lepszego świata dla siebie. Ja bywam tylko katalizatorem jego zmian. W kreatywnej postawie pacjenta upatruję zasobów do przemiany i zrozumienia dlaczego jednostka weszła w życie dorosłe, ciągnąc za sobą dysfunkcjonalność, patologiczny objaw. Dowiaduję się, co zapoczątkowało, co warunkowało i co podtrzymywało, utrwalało, prolongowało patologiczny objaw. Jednak z zaangażowaniem pacjenta różnie bywa. Niekiedy trudno jest wytrącić go z biernej postawy.

Jedni bywają odważni w mierzeniu się z upiorami przeszłości, a inni, opancerzeni murem zbyt wielu mechanizmów obronnych, boją się wychylić ku lepszej przyszłości, przyszłości bez dysfunkcjonalności i życia bez tylu niepotrzebnych zahamowań, ograniczeń, z brakiem wykorzystania swego potencjału osobowego. Tym drugim trudniej pomóc.

W swojej książce „Niejawne strategie w terapii jąkania” i w innych także, podaje pan przykłady, które dowodzą złożoności funkcjonowania ludzkiej psychiki i jej skomplikowania. Wykazuje pan też, że terapia objawowa bywa mniej efektywna.

Książki Antoniego Bochniarza

Książki Antoniego Bochniarza

Choć bywa ona mniej efektywna, to czasem i ja taką prowadzę, gdy pacjent nie jest zainteresowany tą holistyczną, tą bardziej wydajną, tą trwającą dłużej. Jednak każdemu, kto szuka u mnie pomocy w pozbyciu się jąkania, proponuję tę bardziej wydajną terapię. Na drodze holistycznej terapii, w realiach tego gabinetu udaje mi się usuwać toksyny z życia, oświetlać jego drogi, określać na nowo i przedefiniowywać priorytety, wyznaczać nowe cele na miarę możliwości pacjenta. W takiej terapii podążam często za retrospektywnymi relacjami pacjenta, zbieram jego smutki, rozterki, dylematy, wątpliwości, trudne wybory, wahania, lęki, radości i optymistyczne prognozy. Z nich buduję koncepcję zmian i ustalam kierunek transformacji, starając się uładzić teraźniejszość, rozjaśnić ją przed pacjentem dla lepszej i szczęśliwszej dla niego przyszłości. Wsłuchuję się też w nieśmiało formułowane marzenia, a czasem widzę, że mój pacjent boi się marzeń, mimo posiadanego potencjału do ich realizacji i boi się wychylania ku nowym przestrzeniom. Rozumiem ten lęk przed nowym, przed nieznanym. Bywam dopuszczany w urokliwe zakątki duszy, w których fascynują mnie osobliwości, piękno, wielorakość i bogactwo ludzkiego przeżywania. Czasem zauważam inspirujące zawstydzenie, drżący głos, postawę badawczą, wahania i dylematy.
Z różnych wypowiedzi swoich podopiecznych dowiaduję się, jak jedna osoba w rodzinie toksycznie oddziałuje na inne, czyniąc cały układ rodzinny dysfunkcjonalnym. Bywa, że pomóc trudno, gdyż rodzina deleguje tylko najbardziej wrażliwą i dysfunkcjonalną osobę, a inni w niej nie zamierzają dokonywać żadnych zmian.

Wiadomo mi, że zgłaszają się do pana osoby z ledwie wyrażoną patologią mowy, za którą skrywają poważniejsze problemy natury osobowej.

Tak. Nie każdemu łatwo jest zwerbalizować swój problem. Są też tacy, którzy nie wiedzą, co determinuje ich dysfunkcjonalność i dlaczego określa ona ich barwę życia. Dopiero w terapii dowiadują się o tym.

Spotykam w swoim gabinecie ludzi samotnych w rodzinie, samotnych i rozczarowanych małżeństwem, samotnych w bólu codziennych spraw. Spotykam i takich, którzy nadmiernie uzależnili się od jednego z rodziców, co zaowocowało w ich życiu niedojrzałością postaw, wyborów, decyzji. Miewam do czynienia także z takimi, którzy w dzieciństwie brali na siebie winę za to, co działo się między rodzicami. Tworząc patologiczny objaw, chcieli tym objawem zwrócić uwagę na siebie. Ich objaw bywał reakcją organizmu na sytuację emocjonalną za trudną dla dziecka, by mierzyć się z problemami dorosłych. Swój sposób reagowania przenieśli nieświadomie w życie dorosłe. Terapia uświadamia im, jak rodził się problem, jak się utrwalał i co go prolongowało.

Czasem zauważam jak neurotyczne matki, nie umiejące kochać bezwarunkowo, fundują swoim dzieciom patologiczne i dysfunkcjonalne objawy, jak wystawiają rachunki swych poświęceń, szantażują emocjonalnie, wpędzając dzieci w poczucie winy. Klaryfikuję razem z pacjentem jego sytuację emocjonalną i razem z nim szukam zdrowszych i bardziej radosnych sposobów radzenia sobie z sytuacją, niż on to robi sam, „produkując” patologiczne objawy. Uświadamiam mu jego wczesnodziecięce nawyki, które przeniósł i niepotrzebnie wzmocnił w życiu dorosłym. Pokazuję mu jak dysfunkcjonalnymi nawykami radzenia sobie z trudną sytuacją emocjonalną zagracił przestrzenie swego dorosłego życia, jak oswoił patologię i nauczył się z nią żyć. Pomagam mu znaleźć nowe drogi, radośniejsze obszary, dobre strony innego, pozbawionego dysfunkcjonalności, życia. Biorę pod uwagę jego talenty i zasoby osobowe, szukam silnych i dobrych stron, by na nich budować lepsze jutro. Czasem udaje mi się zawrócić kogoś z drogi ucieczki od ludzi i od życia.

Na ścieżkach psychoterapii staję się pan czasem doradcą, couchem, nauczycielem, przewodnikiem duchowym – jak to powiedział jeden z pacjentów. Ale bywają też osoby, którym trudno jest otworzyć się i powrócić do zranień z przeszłości. Jakich metod i narzędzi używa pan, by ułatwić otwarcie się pacjenta przed panem?

Analizator głosek

Analizator Głosek

Gdy widzę u mego podopiecznego większe możliwości otwarcia się poprzez pisemne formy wypowiedzi, uruchamiam ten kanał komunikacji ze mną. Czasem bywa on bardzo owocny, skracający czas dochodzenia do celów i podnoszący efektywność terapii. Ten kanał bywa niekiedy bardziej owocny niż spotkanie w cztery oczy. Internet bywa też w tym pomocny. Wspomagam się też urządzeniami elektroniczno-informatycznymi oraz testami i kwestionariuszami do diagnozy i weryfikacji hipotez.

Gdy są ku temu warunki, staram się być w terapii tym, który wnosi spokój, ale nie tym, który usypia;  tym, który podaje życzliwie rękę, a nie ciągnie na siłę; tym, który śledzi, ale nie osądza; tym, który koryguje, ale nie upokarza. Staram się uczynić terapię oazą, która pokrzepia, ale nie zatrzymuje.

Bywają zapewne osoby trudne i oporne w terapii. Jak sobie pan z nimi radzi?

Gdy pacjent nie lubi terapeuty, gdy pozostaje z nim w złej relacji, jest bardziej oporny na zmiany w terapii.  Nasi podopieczni będą realizować proponowane im zmiany, gdy my będziemy dla nich autorytetem, przyjacielem, przywódcą; gdy wierzą i ufają nam.
Abraham Lincoln powiedział: „Chcąc pozyskać człowieka do swojej sprawy, przekonaj go najpierw, że jesteś jego przyjacielem”.
Próbuję być  trenerem, przyjacielem, a nie władcą  wobec pacjenta. Usiłuję wydobywać to, co najlepsze w innych, pomagając im sięgać w głąb siebie i odkrywać ich potencjały. Czasem trudności są dla mnie wyzwaniem. Nie zawsze są one wyzwaniem dla mego podopiecznego. Wówczas przywołuję twierdzenie, że pesymista narzeka na wiatr, optymista myśli, że uda mu się go zmienić, a przywódca ustawia żagle. Staram się być przywódcą.

Czasem dopinguję swego pacjenta przy pomocy metafor, sentencji, anegdot, porównań, przykładów lub za pośrednictwem innych osób albo specjalnie wykreowanych warunków.

Jeśli mam ku temu warunki, to staram się w moim podopiecznym obudzić kreatywność, rozpalić ciekawość świata, zbudować wiarę w jego własne siły. Skłaniam go, by nie bał się popełniać błędów i brać odpowiedzialności za swoje życie. Staram się dopomóc mu w przeprogramowywaniu siebie, w wychodzeniu  z bierności, z przeciętności i ze strachu.

Ale wiadomo mi, że ludzie nie zawsze chcą zmian, że się ich boją. Jak pan radzi sobie z takimi?

„Opór w stosunku do zmian jest zjawiskiem powszechnym. Występuje we wszystkich warstwach społecznych i kulturach. Chwyta za gardło każde kolejne pokolenie i stara się powstrzymywać  wszelki postęp i rozwój. Wielu wykształconych ludzi, stając oko w oko z prawdą, nie chce zmieniać swych zapatrywań, zachowań i postaw, którym ona (ta zmian) zagraża”. Zmiana zagraża naszym wzorcom nawykowym, zmuszając do myślenia, ponownej oceny, a czasem oduczenia się ukształtowanych wcześniej zachowań.

Zmiana wyzwala lęk przed nieznanym. Każda zmiana jest żeglugą po nieznanych wodach zakłócająca nasze poczucie bezpieczeństwa. Dlatego wielu ludzi woli żyć ze starymi problemami, niż znajdować nowe ich rozwiązania.

Pacjentowi opornemu na zmiany kreuję rzeczywistość, podsuwam podpowiedzi i tworzę warunki, by on sam podjął decyzję o zmianie. Wówczas z lepszym efektem realizuje ją.

Prowadząc terapię, wysłuchując zwierzeń, ocierając się o  wielorakie doświadczenia ludzi, poznaje pan i zaniedbania i upadki, wzloty, uniesienia i tryumfy, zranienia, ciemne i ponure zakamarki ludzkiego przeżywania. Próbuje pan poznawać namiętności, lęki, marzenia, silne i dobre strony osobowości, by na nich wspierać proces zmian. Jak ten rodzaj pracy wpływa na pana codzienność, na pana stosunek do ludzi w życiu pozazawodowym?

Antoni Bochniarz

Antoni Bochniarz

Im mam więcej lat, tym więcej rozumiem złożoność ludzkiej psychiki, zawirowania wielorakich losów; tym lepiej potrafię wniknąć ze zrozumieniem w to, co innych gorszy, zadziwia lub oburza. Staje się coraz bardziej wyrozumiały i dalszy od krytycznej postawy wobec odmienności cudzych standardów, wyborów, postaw, poglądów, wartości i zachowań. Moim zadaniem jest nieść pomoc, usprawniać najważniejsze narzędzie komunikacji, ale i wprowadzać ludzi na lepsze, szczęśliwsze i bardziej owocne w dobro obszary. Z wiekiem staję się bardziej wyrozumiały, mniej rygorystyczny wobec innych  i wobec siebie także. Przechadzając się ze swoimi pacjentami po labiryntach ich życia, poznając ich fobie, towarzyszę ich wstawaniu z klęczek i podpowiadam jak stawiać czoła wyzwaniom życia.

Gdy pacjent mi na to pozwoli, towarzyszę mu w jego kryzysach, w jego odwadze mierzenia się z problemami codzienności – biorę je na tapetę. Czasem pomagam odnaleźć zagubioną nadzieję, czasem pomagam określić tożsamość i wydobyć z nieśmiałości. Staram się, by terapia wyposażyła pacjenta w narzędzia, sposoby i metody do wychodzenia na radośniejszą i szczęśliwszą stronę bytowania. Przez szczere otwarcie się przede mną w procesie psychoterapii czuję się wyróżniony, bo zaproszony do życia mego podopiecznego.

Kredyt zaufania, którym obdarza mnie mój pacjent, obliguje mnie do rzetelności, do uszanowania i do empatycznego pochylania się nad jego problemem. Będąc zapraszany do cudzego życia, staram się, by moje zachowanie nie było zachowaniem słonia w składzie porcelany. Ruszając w bój ze swoimi podopiecznymi, wchodząc na ścieżkę zmian i różnorakich transformacji, sam siebie w jakimś stopniu rozwijam i poszerzam swoją perspektywę widzenia człowieka. To mnie także ubogaca. To też pomnaża moją wiedzę o człowieku i daje mi większe kompetencje. To sprawia, że lepiej rozumiem zachowania i emocje innych. Praca z ludźmi uczy mnie pokory wobec bogactwa i złożoności ludzkiej psychiki. Uczy mnie czytania skarg, marzeń i tęsknot nie zawsze zwerbalizowanych. Praca ta każe mi zauważać i milczącą skargę dziecka i krzyk rozpaczy osoby dorosłej uwikłanej różnymi okolicznościami. Sprawia mi radość wyprowadzanie kogoś z doliny łez, wzmacnianie, podnoszenie z klęczek, wyprowadzanie z obszarów upokorzeń i z cienia na słoneczną autostradę życia. Radością stają się oczy promieniujące szczęściem. Bywają to oczy nie tylko dziecięce. Słuchając zwierzeń i rozterek, poszerza się mój horyzont wiedzenia człowieka w jego uwikłaniach, w emocjonalnych zapętleniach, w smutkach, w osamotnieniu, w pyle drobnych przewinień, zahamowań, uchybień i zaniedbań. Mam też sposobność widzieć jak moc w słabości się doskonali. Cieszę się, gdy udaje mi się skłonić kogoś do aktu odwagi, do mierzenia się z koszmarami i cieniami przeszłości, do wejścia na drogę szczęśliwszego życia.

W pana holistycznej terapii wyczuwam humanizującego relacje ducha. Wyczuwam pasję, zatroskanie i duże zaangażowanie pana w wykonywaną pracę. To pasja i holistyczne podejście, domyślam się, są powodem ponadprzeciętnych rezultatów terapeutycznych i wyjątkowości pana usług.

Gratuluję i dziękuję za rozmowę.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Efektywność logopedy, Rozmowa ze specjalistą, Terapia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.