Terapeutyczne wyjątki

 Jestem w Gabinecie DEMOSTENES. Przybywam do tego gabinetu, ponieważ tutaj mają miejsce wyjątkowe terapie. Rozmawiam ze specjalistą zaburzeń mowy i psychoterapeutą Antonim Bochniarzem

 terapetyczne wyjątkiSpecjalistom znane są pana osiągnięcia edytorskie, wynalazcze, terapeutyczne na obszarze logopedii praktycznej, ale niewielu wie, że terapeutyczne sukcesy zawdzięcza pan nie tylko dzięki swemu bogatemu doświadczeniu zawodowemu, nie tylko dzięki aparaturowym oddziaływaniom, a dzięki metodom psychoterapeutycznym i holistycznemu podejściu w terapii. Jak pan wszedł na tę drogę?

 Studia niedostatecznie przygotowały mnie do zajęć praktycznych. Przekonałem się o tym już w pierwszych  miesiącach pracy. Z tego powodu poszukiwałem szkoleń w krajowych i w zagranicznych ośrodkach oraz doskonaliłem swoje umiejętności na drodze samokształcenia. Praktyka wymusiła na mnie potrzebę doskonalenia swoich umiejętności psychoterapeutycznych jako niezbędnych w efektywnym pomaganiu.  

  Coraz częściej zauważam, że zgłaszający się do mnie po pomoc przynoszą swój patologiczny objaw, który od wielu lat karmi się i zasila ich stanem psychicznym, ich stanem ducha. Zgłaszają np. jąkanie, któremu przypisują winę za dyskomfort  życia, a tak naprawdę jest ono zaledwie wierzchołkiem góry, jest flagą, którą wciągają na maszt. Metody ukierunkowane tylko na objaw okazały się w ich wcześniejszych terapiach nieefektywne i krótkotrwałe. Potrzebne było wówczas nieco inne spojrzenie na nich i nieco inna ocena sytuacji oraz inna ocena uwarunkowań  ich patologii.

 Z czym przychodzą do pana? 

  Zazwyczaj przychodzą z zaburzeniami procesu komunikatywnego, tzn. z zaburzeniami dyslalicznymi (z seplenieniem, z rotacyzmem), z jąkaniem, z afazją,mową nosową i z innymi deficytami tego procesu. W 90% są to osoby, które próbowały już różnych terapii. Są wśród nich takie, które uprawiają turystykę terapeutyczną, tzn, takie, które nie zmieniając swego podejścia do terapii, zmieniają terapeutów. Przychodzą też tacy, którzy mają problemy natury osobowej. Tacy przynoszą ze sobą swoje wyobrażenia i swoje gotowe scenariusze terapii, oczekując ode mnie ich spełniania. Tacy bywają determinowani swoimi kompulsjami i zdeprywowanymi potrzebami.

Z jakim stanem ducha przychodzą do pana?

  Przychodzą zazwyczaj ze smutkiem w oczach, ale i z iskierką nadziei. Przynoszą trudne sprawy i supełki zdarzeń. Przychodzą z obrażoną godnością i z cierpieniem wymalowanym na twarzach. Dzielą się swoim dyskomfortem i widzę jak usiłują wyjść z labiryntów i z kokonów. Przychodzą z zamrożonym potencjałem, z ukrytymi talentami, z nieśmiałością i z poczuciem małej wartości. Z ich zwierzeń wynika, że poruszali się w promieniu, który ktoś im określił, że szli przez życie w rytm cudzych bębnów, że nie umieli dawać, ale i nie potrafili brać. Zachowywali się jakby bali się być sobą, jakby ktoś zabronił im być spontanicznymi, radosnymi i szczęśliwymi.

Co ich motywuje, by właśnie u pana szukać pomocy? Dlaczego pokonują czasem setki kilometrów, by u pana szukać pomocy? Czy decyduje o tym renoma pana usług, czy stan wyposażenia gabinetu, czy też osobliwości pana metod w pomaganiu? Po co przychodzą do pana?   

W gabinecie Antoniego BochniarzaSkoro przychodzą do mnie, to zapewne motywuje ich do tego dolegliwość i dyskomfort z nią związany, który odbiera im koloryt  życia. Przybywają do mnie, bo ktoś mnie im polecił, bo komuś w przeszłości pomogłem, bo przeczytali moją książkę, bo rozczarowali się różnymi terapiami w przeszłości u innych. Chcą wyjść z zapętlenia, chcą opuścić labirynty, pragną rozwoju. Przychodzą też tacy, którzy potrzebują coachingu, porad, ukierunkowań i obiektywnego spojrzenia na ich problemy osobowe, zawodowe, życiowe. Gdy osoba obdarza mnie zaufaniem, to czuję się zaproszony do jej życia. I wtedy przechadzam się z nią po urokliwych łąkach uczuć, po śladach zdeptanych marzeń, po tajemnych komnatach i zaglądam do  sejfu jej serca. Pomagam pozbierać  z  jej życia cnoty, nanizać je na codzienność i stworzyć harmonijną wizję człowieczeństwa, która będzie kuszącą wizją dla mego podopiecznego. Gdy mam warunki, próbuję odrodzić wyschnięte źródła radości, rozbudzić ciekawość świata i poszerzyć obszary przeżywania. Próbuję kłaść odrobinę miodu na kromki codzienności moich podopiecznych. Staram się wspierać proces zmian, i nie być jedynie suflerem. Staram się wyprowadzać ze sfer komfortu w dysfunkcjonalnej rzeczywistości.

   W trakcie spotkań poznaję tkaninę osobowości, by powybierać z niej złote nici do tworzenia nowego deseniu. Z epizodów małych zwycięstw, na przestrzeni czasu, powstaje nowa tkanina. Zapraszam ich w ciszę, w której można usłyszeć niemy krzyk, milczącą skargę, z której może odrodzić się nowy człowiek.

Domyślam się, że schodzi pan do głębin ludzkiego przeżywania, że penetruje pan porośnięte, będące ugorem, obszary.

Tak. Bywam w sanktuariach ludzkiego cierpienia i z pokorą,  a czasem i z bezradnością, wchodzę na ten obszar. Staram się stwarzać warunki by zalegający ból mógł się uzewnętrznić.  Tam gdzie moi podopieczni budują mury, ja staram się stawiać mosty. Tam gdzie oni chowają się przed wyzwaniami życia, ja staram się dostarczyć im narzędzi radzenia sobie z trudnościami. Usiłuję zmieniać czarne scenariusze i odsuwać niepomyślne prognozy. Nie daję złudnych nadziei, lecz takie, które mobilizują. Czasem staję w bliskości pacjenta, w bliskości jego uwarunkowań i jego cierpienia. Mam świadomość, że logoterapia, terapia słowem, ma duże znaczenie i moc mobilizacji potencjału. Czasem moje słowo bywa balsamem, a kiedy indziej katalizatorem zmian. Czasem udaje mi się skierować kogoś na tory większej spójności między deklarowanymi wartościami a życiem nimi. Bywa, że wchodzę w bajkowy świat dziecka, by w bajkowej konwencji dokonywać zmian w realu.

Wnioskuję, że w swoim holistycznym oddziaływaniu dotyka pan sfery psychicznej, duchowej i fizycznej i, że takie podejście daje lepsze rezultaty. Ale, domyślam się, że taka terapia trwa dłużej od tej ukierunkowanej tylko na objaw.

   Tak, trwa dłużej, ale bywa bardziej owocna na rożnych obszarach funkcjonowania jednostki. Ciągle mam na uwadze to, że moi podopieczni mieli w swoim życiu wielu sędziów, krytyków i cenzorów i dlatego ja nie osądzam, lecz szukam zrozumienia uwarunkowań, którym podlegała jednostka. Próbuję czasem wejść w buty tych, którzy przechadzają się po trudnych szlakach zdarzeń, którzy ciągną za sobą kirem naznaczony ból.  Zapalam reflektory, by smuga światła odsłoniła choćby część prawdy i radośniejsze pola jutra. Otwieram zardzewiałe zamki nieotwieranych komnat. Łagodzę ostrza buntu i pokazuje młodym cywilizowane formy jego wyrażania. Podpowiadam jak lepiej wykorzystać potencjał osobowy, jak nauczyć się dawać i brać. Pomagam też ustalić hierarchię celów i podpowiadam sposoby ich osiągania. Zaplątanym w labiryntach ludzkich spraw pomagam zrozumieć otaczający ich świat, by lepiej mogli zrozumieć siebie. Czasem dokonujemy sprzątania na obszarze ducha na obszarze wartości. Pomagam odkryć ścieżki serca. Uczę jak nie iść przez życie w rytm cudzych bębnów, w zasięgu łańcucha, którego długość ktoś określił, jak polubić dziecko w sobie, jak nie dać się wewnętrznemu krytykowi i jak jego destrukcję przekształcić w konstruktywną aktywność.

Gdy moi podopieczni chcą świecić blaskiem odbitym, gdy boją się być sobą, ja bywam dla nich lustrem i odsłaniam przed nimi te prawdy, które zabarwiają ich codzienność, które fundują dyskomfort życia. Z mojej perspektywy jest bowiem łatwiej czasem wskazać im ich własne Westerplatte.

Wiadomo mi, że odwiedzają pana także kobiety z problemami emocjonalnymi. Proszę podać jakąś ogólną charakterystykę tych osób. Jakie kobiety odwiedzają pana gabinet?

 Anotni BochniarzOdwiedzają takie, które mają zaburzenia procesu komunikatywnego nie tylko na obszarze artykulacyjnym. Także takie, które przychodziły z niezwerbalizowanymi a testującymi oczekiwaniami. Takie, które nie umiały sprecyzować problemu ani swojej dysfunkcjonalności. Przychodziły z ukrytymi i sondującymi intencjami. Przychodziły, gdyż rozpadł się im związek, w zachowaniu których widać było ślady przeszłości, gdyż swoim manipulatywnym stylem życia i postawą, w której było więcej brania, doprowadziły siebie do desperackiego szukania partnera. Były to osoby, które powtarzały stare skrypty, u których niedojrzałość osobowa prowadziła je do rozpadu w kolejnych związkach. Były wśród nich takie, które nie umiały wyciągnąć wniosków z niechlubnej przeszłości, które wchodziły do kolejnych związków z nawisem przeszłości, destrukcyjnych postaw i nawyków.

Bywają to często takie osoby, które szukają w małżeństwie wygody, przywilejów, jedynie brania, gratyfikacji i celebracji. Czasem trzymają w ręku dokumenty rozwodowe, drżą im ręce, a oczy są pełne łez. Przynoszą ze sobą żale, ale i radosne wspomnienia o bliskości, o bezpieczeństwie, o zaufaniu z przeszłości oraz rozczarowania i emocjonalną bezradność z ostatnich dni. W tonacji minorowo-liryczno-sentymentalnej przekazują mi swoje zwierzenia i swoje zagubienie w bezładzie emocjonalnym.

   Analiza ich wyborów, ich postaw, wykazuje, że zakochiwały się na oślep, że myliły pożądanie i zauroczenie fizycznością z zakochaniem, że dokonywały niedojrzałych wyborów, gdyż same były niedojrzałe, by wziąć odpowiedzialność za związek z mężczyzną. Wiązały się z niewłaściwymi mężczyznami z niewłaściwych powodów. Podlegały mitom na temat miłości, co owocowało rozczarowaniami, a później blokowało je przed otwartością na inną miłość, odpowiedzialną, dojrzałą i wolną od raniących kolców. W terapii odsłaniam motywy ich  miłosnych decyzji i wskazuję na niepomyślne programy emocjonalne. Docieram do stłumionego gniewu i wyjaśniam przyczyny lęku przed bliskością.

Dziękuję za rozmowę!   Z tego co usłyszałam wnioskuję, że wiele osób potrzebuje couchingu, ukierunkowań i podpowiedzi, gdyż czasem emocje nie są najlepszym doradcą w podejmowaniu decyzji i w ich klimacie popełniamy błędy, które czasem wiele nas kosztują. Wielu z nas mogłoby zajść dalej, osiągnąć więcej, żyć szczęśliwiej gdyby wcześniej weszło na drogę dbałości o własny rozwój. Budzą szacunek osoby, które na taką drogę weszły.

                                                         Wywiad przeprowadziła dr Jolanta Suchodolska

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.