Terapeutyczne porażki

Jestem w Gabinecie DEMOSTENES w Żorach i rozmawiam z Antonim Bochniarzem, znanym logopedą i psychoterapeutą.

Na sympozjach, konferencjach i rożnego rodzaju szkoleniach specjaliści chwalą się sukcesami, a pan ma odwagę mówić także o swoich porażkach. Dlaczego?

Nie znam specjalisty, który nie miałby w swojej karierze porażki. Nie miałbym dzisiaj sukcesów terapeutycznych, gdybym solidnie nie odrobił lekcji ze swych porażek – szczególnie  tych z pierwszych lat pracy zawodowej. Porażki wiele mnie nauczyły. One popychały mnie na ścieżki krajowych i zagranicznych szkoleń, one nauczyły mnie pokory wobec złożoności i labiryntów ludzkich spraw. To niepowodzenia wyprowadzały mnie z obszaru porażek. Porażka jest wpisana w każdą działalność człowieka. Jest ona częstsza tam, gdzie mamy do czynienia z kreatywnym działaniem, z eksperymentowaniem i poszukiwaniem nowych, efektywniejszych dróg do osiągnięcia celu. Porażki, większe i mniejsze niepowodzenia, potrafią być bardziej tryumfalne niż zwycięstwa. One dłużej zalegają w mojej świadomości i dłużej stoją mi przed oczyma. Dzięki porażkom wyraźniejszy staje się dla mnie alfabet zwycięstw. Porażki uświadamiają mi moją ograniczoność. Z wiekiem coraz mniej biczuję się z ich powodu i mam coraz więcej własnych, uzasadnionych usprawiedliwień. Dzielę się nimi ze specjalistami podczas odbywanych u mnie szkoleń.

Słyszałam, że w swojej praktyce mierzy się pan z trudnymi przypadkami, że traktuje je pan jako wyzwania. Jakie osoby przybywają do Pana?

W 90% przybywają do mnie osoby, które wcześniej próbowały już różnych terapii z niewielkim sukcesem. Odwiedzają mój gabinet także tacy, którzy uprawiają turystykę terapeutyczną, którzy chętniej zmieniają terapeutów,  niż swoje podejście do terapii. Tacy, którzy nie dali szans swoim terapeutom oraz tacy, którzy udomowili swoją dysfunkcjonalność, swoją patologię – i nauczyli się z nią żyć. Także tacy, którzy schowali się za murem mechanizmów obronnych i osoby, które nie są świadome potrzeby terapii holistycznej. Wielu z nich zgłasza problem nerwicowy i nie widzi potrzeby uładzenia życia, uporządkowania go na obszarze emocji, wartości, na obszarze ducha. Ich długo i głęboko noszona patologia wymaga czasu, cierpliwości, zaangażowania, ale wielu z nich wykazuje niecierpliwość i chce aby skupić się jedynie na patologicznym  objawie.

Domyślam się, że istnieją jakieś powtarzające się przyczyny i okoliczności niepowodzeń oraz pewne cechy pacjentów, które decydują o niepowodzeniu. Co najczęściej bywa przyczyną niepowodzeń? Proszę  o jakieś przykłady, proszę przybliżyć i rozwinąć ten temat.

Spróbuję zrobić pewną wyliczankę, ale bez egzemplifikacji.

  • Niepowodzeniem kończą się terapie, gdy nie wyrażone oczekiwania pacjenta są nie na miarę jego i moich możliwości.
  • Gdy dojrzałość pacjenta do terapii jest zbyt mała.
  • Gdy pewne cechy osobowe i warunki terapii (niesolidność, niecierpliwość, niesystematyczność, niedostateczna ilość pracy, zbyt rzadkie spotkania) stoją na przeszkodzie.
  • Gdy zatroskanie rodziców dziecka jest niedostateczne, gdy prezentują oni postawy roszczeniowe wobec terapeuty, nie dając wsparcia w terapii.
  • Gdy stają na drodze wzorce tzw. bezstresowego wychowania, którym hołdują rodzice.
  • Gdy dolegliwość wady lub dysfunkcjonalność jest mała, to i motywacja do terapii bywa adekwatna do niej.
  • Gdy patologia rodziny sięga zbyt daleko, a dostęp do dziecka jest utrudniony.
  • Gdy zbyt szybko, idąc na skróty, chcą pacjenci osiągnąć swój cel.
  • Gdy pacjent chce osiągnąć w krótkim czasie kilka celów: usunąć patologię, szybko skończyć terapię, za jak najmniejszą kwotę, najmniejszym nakładem sił.
  • Gdy pacjent oczekuje terapii zgodnej z jego wyobrażeniami, z jego scenariuszem, a nie na miarę potrzeb, warunków i możliwości.
  • Czasem okazuje się, że beztroska młodość nie pozwala skorzystać mojemu podopiecznemu z mojego doświadczenia i rad, gdyż okazują się one być nie na jego czas i nie na jego możliwości.
  • Bywa, że pacjent oczekuje nieustannego prowadzenia za rękę, że oczekuje na moją magiczną moc i podsuwa mi swoje scenariusze terapii, w które ja nie chcę wejść – i wtedy rozstajemy się.
  • Miewam wtedy porażki, gdy pacjent ogranicza mnie swoimi warunkami, swoją niecierpliwością, swoimi nierealistycznymi oczekiwaniami.
  • Porażką kończą się zazwyczaj i takie sytuacje, w których pacjent sam decyduje o zakończeniu terapii, zanim nie przejdzie wszystkich jej etapów, gdy zadowoli się częściową poprawą. Wtedy bywają nawroty patologii.

Jaka jest pana postawa wobec wyjątkowo trudnych pacjentów?

Każdemu daję szansę. Na pierwszej wizycie mówię o warunkach terapii i o hipotetycznych metodach. Określam też warunki efektywnej współpracy, także poprzez odsyłanie do książki „Uwolnij się od jąkania”, w której zamieściłem rozdział „Jak możesz pomóc sobie i terapeucie?”.

Trudni pacjenci, to tacy, którzy przejawiają różne formy oporu. Lata praktyki nauczyły mnie rozpoznawać objawy oporu, blokad, a nawet ukrytego sabotażu. Sygnalizuję wówczas pacjentowi efekt swoich obserwacji, by ten nie brnął w ślepą uliczkę, by zawczasu zażegnać zarzewie niepowodzenia. Informuję też, że zmiana  przekonań, wzorców, nastawień, mentalnych programów i emocji oraz nauczenie się czytania  ważnych komunikatów z własnego życia i usuwanie mentalnych i emocjonalnych przeszkód – wymaga czasu i cierpliwości w holistycznie prowadzonej terapii.

W terapii przychodzi mi występować także w roli przewodnika, doradcy, trenera, surowego egzekutora, łagodnego i wymagającego nauczyciela oraz dyrektywnego rodzica podnoszącego z klęczek upokorzenia. Sprostanie tym rolom wcale nie jest łatwe.

Wiem, że trudni pacjenci nie manifestują objawów oporu w terapii, czyniąc to na złość terapeucie. Ich opory są częścią ich patologii – i doświadczony terapeuta o tym wie. Doświadczony terapeuta potrafi wykorzystać siłę oporu do celów terapii.

Niektórzy terapeuci nie przyjmują na terapię osób nieumotywowanych, niedojrzałych do niej. A jak pan postępuje?

Jeśli pacjent z patologią nie jest umotywowany do terapii, to oznaczać może, że nie jest ona dla niego zbyt dolegliwa, że oswoił już tę patologię, nauczył się z nią żyć, uruchamiając szereg mechanizmów kompensacyjnych i maskujących deficyt. Może nawet nie uświadamiać sobie jak wiele traci, ile energii zużywa na owo maskowanie i na ucieczki na margines życia. Dla mnie ten fakt oznacza, że powinienem (jako terapeuta) pokazać mu inną, lepszą i radośniejszą perspektywę życia, bez obciążeń i ograniczeń. Wczuwam się w odczucia i zatroskania rodziców i, stając się ich rzecznikiem, staram się umotywować ich dziecko, które nie rozumie zabiegów wokół niego, gdyż nie ma takiej perspektywy widzenia swej przyszłości, jaką mają dorośli. Czyli zaczynam pracować nad budowaniem postawy motywacyjnej do współpracy ze mną.

Gdy pacjent ma wygórowane oczekiwania (nie na miarę możliwości czasowych, gdyż oczekuje usunięcia patologii w ciągu krótkiego czasu, bo rozmowa kwalifikacyjna, bo intratny kontrakt do podpisania), gdy nie stwarza sobie i mnie odpowiednich warunków, to nie podejmuję się terapii, gdyż na takich warunkach nie mogę zapewnić sukcesu. Wtedy ze smutkiem komunikują mu o tym i odprowadzam go wzrokiem informując, że drzwi mego gabinetu stoją dla niego otworem, gdy będzie mógł spełnić warunki efektywnej terapii. Praktyka przekonuje mnie, że źle rokują terapie powodowane okolicznościami zewnętrznymi typu: egzaminy, zaślubiny i potrzeba wygłoszenia przysięgi małżeńskiej, rozmowa kwalifikacyjna w staraniach o pracę.

Czego nauczyły pana porażki i jaka jest dzisiaj pana ocena ich?

Dopiero po wielu latach praktyki zawodowej doszedłem do przekonania, że aby pomóc dziecku, trzeba czasem najpierw pomóc jego zagubionej matce lub rodzicom nie radzącym sobie z problemami wychowawczymi. Trzeba im pewne fakty wytłumaczyć z poziomu swoich lat i doświadczeń. Trzeba wskazać im na te obszary, których oni nie widzą z pozycji swojej codzienności. (Mówię o tym w materiale: „Niejawne strategie w terapii jąkania”).

Miewam przypadki, gdy możliwość przyjścia z pomocą leży w zasięgu ręki, a pacjent nie daje sobie i mnie szansy ma usunięcie patologii, gdyż podświadomie jest ona mu potrzebna w życiu. Bywa, że pacjent nie umie zawalczyć o własną autonomię i odbiera sobie prawo do przeżywania przyjemności. Uzewnętrznia on wówczas powody, (czasowe, odległościowe, finansowe), które odraczają jego decyzje o podjęciu terapii, o wyjściu naprzeciw zmianom. Zmiana budzi w nim olbrzymi lęk, który uniemożliwia mu wejście na ścieżkę usuwania patologii. Wówczas próbuję rozbroić jego arsenał oporów i osłabić mur pseudoracjonalnych obron oraz wskazać na blokady emocjonalne, którymi trzeba się zająć. Pomagam mu konfrontować się z ciemną strona życia. Czasem pacjent patologią tłumaczy swoją nieśmiałość, swoją indolencję, swoje fobie i niechęć do zmierzenia się z realiami życia z pełną odpowiedzialnością za nie. Wówczas nie patologicznym objawem należy się zająć, ale tym, co go podtrzymuje. Nie zawsze pacjent pozwala na dostęp do obszarów, które uzewnętrznione są w jego patologicznym objawie. Woli pozostawać w komnatach zwątpienia, w roli ofiary. W sugestiach, radach, zachętach baczę, by nie naruszyć granic bezpieczeństwa osób z traumą.

Lata doświadczeń nauczyły mnie, że warto bazować na silnych stronach osobowości i na nich wspierać terapię, nie tracąc z pola widzenia i tych słabych stron.

W terapii, jak w życiu, bywa coś za coś. Nie jest możliwy rozwój i trudno nieść ulgę, gdy pacjent boi się wychylić zza muru swych dysfunkcjonalnych przyzwyczajeń, gdy, niczym mysz, zjada ziarna swej wesołości, pomyślności i rozwoju.Antoni Bochniarz w Gabinecie Logopedycznym Demostenes

Lata doświadczeń przekonały mnie, że czasem w terapii potrzebni są sojusznicy: rodzeństwo, sympatie, narzeczeni, koledzy i osoby pozostające w terapii. Niekiedy trzeba wejść na obszar rodziny i poprzez terapię systemową oddziaływać na tę rodzinę. Terapeuci wiedzą, że często delegatem chorego układu rodzinnego jest dziecko ze swoją patologią.

Zdarzyła się niepomyślnie zapowiadająca się terapia dorosłego syna, który przez swoje jąkanie uzależnił się od matki. Matce potrzebne było to jąkanie, gdyż dzięki niemu mogła zatrzymać przy sobie syna  i  w ten sposób żadna kobieta nie odebrała jej jedynaka. I z takimi przypadkami miałem do czynienia.

Bywało, że ja wątpiłem w pozytywny efekt terapeutyczny, a pacjent nie poddawał się i swoją postawą dowodził, że dopóki pacjent walczy, terapeucie nie wolno wątpić. Oto jeden przykład.

Trzydziestopięcioletni mężczyzna z odległej miejscowości dowiedział się o moim patencie, o urządzeniu do korekcji rotacyzmu. Rotacyzm tego mężczyzny był powodowany bardzo krótkim wędzidełkiem języka nie kwalifikującym się do podcięcia. Opisałem ten przypadek w Biuletynie Audiofonologicznym nr IV-1/1992. Chcąc wysondować jego motywację do terapii, w której w duchu dawałem mu nie więcej niż 10% szans, powiedziałem do niego: „Ma pan żonę, pracę i dziecko. Jest pan niemal spełnionym mężczyzną. Po co panu pokonywać takie odległości i tyle trudności aby poprawić swoją wymowę?”. On odpowiedział mi: Kiedy urodził się mój synek, który teraz ma 5 lat, teściowa i żona zaanektowały go, że prawie nie mam dostępu do dziecka. Kiedyś żona wieczorem udała się do sklepu, a ja wziąłem książeczkę i chciałem przed snem poczytać dziecku bajkę, jak to robiła dotychczas żona. Synek powiedział do mnie: tato ja poczekam na mamę, bo ty nie umiesz wymawiać „r”. Poczułem się odrzucony przez własnego synka”.

Po dwóch tygodniach ów mężczyzna zwracał aparat, prezentując prawidłowe brzmienie  głoski „r”.

Wraz z latami doświadczeń przybywa mi pokory wobec trudnych przypadków oraz złożoności ludzkich spraw i częściej udaje mi się przywrócić w czyimś życiu harmonię. Więcej też widzę, słyszę i rozumiem, a czasem udaje mi się usłyszeć dziecko ponad jego ciszą i milczeniem. Częściej też udaje mi się pomóc swoim podopiecznym pootwierać okna i  drzwi na świat, by mogli wyjść na drogę realizacji marzeń, ku innym światom, doświadczeniom i radosnym przeżyciom. Częściej udaje mi się nauczyć ich, jak mogą  zaprzyjaźnić się ze sobą, jak nie odmawiać sobie prawa do przeżywania przyjemności.

Efekt terapeutyczny to suma warunków, postawy terapeuty i zaangażowania pacjenta. Wraz z latami uczę się lepiej rozpoznawać obszary, z których wydobywa się niepotrzebny ból, uczę się pokory wobec złożoności ludzkich bytów i  dojrzalsze staje się moje spojrzenie na cierpienie. Każda osoba ze swoim cierpieniem i z dysfunkcjonalnością staje się dla mnie nauczycielem.

Czasem mam możliwość doświadczać prawdy, że „człowiek osiąga szczęście, czyniąc z samego siebie bezinteresowny dar dla bliźniego”.  Ponosząc porażki, mając niepowodzenia, nie tylko uczę się, ale i dojrzewam na drodze rozwoju zawodowego. Robiąc bilanse z różnych okresów pracy zawodowej, wnioskuję, że porażki były moimi największymi nauczycielami. Wiem też, że największych ludzi uformowało poprawianie własnych błędów i, że ulepszanie samego siebie daje mi szanse na efektywniejsze pomaganie innym. Staram się uczyć także na błędach innych. Staram się uważnie słuchać, by później z umiarem i z rozwagą ważyć słowa, które mają leczyć smutek, podnosić z upokorzenia, aktywizować, oświetlać mroki egzystencji. Uczę się od swoich pacjentów i to za ich sprawami dokonuje się moje wzrastanie. Trudni pacjenci uświadamiają mi wyraziściej moje ograniczenia w pomaganiu.

Próbuję czasem milczeniem ciszę zatrudniać na użytek słowa, tę ciszę, w której może wykluć się istota problemu. Staram się słowem opromieniać codzienność, rozpraszać smutki i przywracać błękit nieba moim podopiecznym. Słowami próbuję  dotrzeć do pokładów dobra i silnych stron osobowości oraz wyprowadzać ludzi na pachnące łąki zdarzeń w lepsze jutro. Czasem nie są nawet potrzebne słowa aby poszerzyć pole nadziei.

Zauważam, że porażki próbuje pan przekuwać w sukcesy.

Tak, bo mówi się, że porażka jest wtedy porażką jeśli niczego cię nie nauczyła. To dzięki porażkom dzisiaj mam świadomość ograniczoności swych możliwości i nieokreśloności możliwości tkwiących w pacjentach, które trudno z góry przewidzieć. Wiem też, że źle zdefiniowane cele terapii oraz niedostatecznie poznane przyczyny patologii mogą zaprowadzić niejednego terapeutę na manowce. Dzisiaj wiem, że w psychoterapii trzeba wejść nie tylko na obszar racjonalnych uwarunkowań, ale trzeba też uruchomić emocje, wejść na obszar wartości, uporządkować priorytety, zająć się duchowością i stworzyć warunki do zmian. Lata doświadczeń praktycznych dają mi podstawę do twierdzenia, że im większa symptomatyka patologii, tym większa dolegliwość jej, a ta zazwyczaj uruchamia większe zaangażowanie w terapii. Dzisiaj z większą cierpliwością podchodzę do problemów, którym pacjent pozwoli ujrzeć światło dzienne, z którymi w zaufaniu zechce podzielić się ze mną.

Mimo zmieniających się mód i tendencji w psychoterapii, mimo włączania elektronicznych komunikatorów, pozostają pewne standardy, które obowiązują w bezpośrednim kontakcie z żywym,  nie z wirtualnym, człowiekiem. Trzymanie się sprawdzonych metod uzupełnionych metaumiejętnościami, bez sięgania po sezonowe nowinki, częściej gwarantuje sukces terapeutyczny. O tych metaumiejętnościach napisałem w książce: „Niejawne strategie w terapii jąkania”.

Dziękuję za rozmowę. Teraz wiem, jak wiele czynników leżących po stronie pacjenta, decyduje o powodzeniu w terapii. Teraz mam większą świadomość trudności przed jakimi staje pacjent i terapeuta.

Wywiad przeprowadziła J.P.

Antoni Bochniarz jest logopedą i psychoterapeutą, wynalazcą, autorem książek i artykułów.
Zajmuje się szkoleniem logopedów, współpracuje z elektronikami i informatykami w zakresie opracowywania urządzeń i programów na użytek praktyki terapeutycznej. Jest autorem wielu książek i m.in. współautorem urządzenia o nazwie PSYCHORELAKSOMETR nagrodzonego na VI Ogólnopolskich Targach Wynalazków oraz programu komputerowego Relaks 3 wspomagającego psychoterapię. Więcej na stronie: www.demostenes.pl

Ten wpis został opublikowany w kategorii Nowoczesny gabinet, Rozmowa ze specjalistą, Terapia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.