Refleksje ze szlaku

Gdy lato podaje rękę jesieni, gdy akwarelą natury zabarwia się krajobraz, to lubię wędrować wzrokiem po dywanach górskiego krajobrazu i wzlatywać myślami w czas przeszły. Lubię wędrować przebytymi szlakami i ogarniać wspomnieniem ludzi. Bywa, że budzi się we mnie spóźniony żal z powodu niewypowiedzianych słów, zaniechanych czynów i niedostatku wdzięczności. Na przekór  powiedzeniu homo homini lupus est odświeżam to dobro, które spotkało mnie od innych.  Tutaj mętna woda myśli klaryfikuje się.

Gdy całun  zmierzchu przykrywa horyzont, gdy przyciemnia barwę lasu, gdy wieczorna rosa poi  źdźbła traw i kładzie się na liściach runa, gdy cichnie otoczenie, gdy milknie ptactwo, gdy z oddali słychać czasem szczekanie psa, to moje myśli znajdują jakiś ład, jakieś wyciszenie dostrajające mnie do otoczenia.

Tutaj, w tych przestrzeniach, zamiast miejskiego betonu i asfaltu, miewam przed sobą zielone dywany niekoszonej trawy, zamiast ulicznych spalin, mam woń  eterycznych olejków, zamiast gwaru miasta, symfonię lasu i kojącą ciszę.

W górskich klimatach wielu poetów odnajdowało wenę, a innych góry uczyły pokory i skłaniały do podziwu majestatu stworzenia. Wielu skłaniały do zadumy nad życiem. W górskich krajobrazach wielu osobom uwrażliwiało się wnętrze i wysubtelniała estetyka myśli.

Będąc w górach, można dostrzec stada sarenek, wysmukłych niczym modelki. Można zobaczyć też górskie strużki, strumyki i potoki, które łączą się w aortę rzeczek i rzek, tworząc, niczym system nerwowy, pajęczynę powiązanych naczyń.

W klimatach odosobnienia może zdarzyć się, że ktoś zrobi spowiedź życia, że coś w sobie uładzi, że powróci do korzeni, że podejmie jakieś postanowienia. Jeśli stać kogoś na pomilczenie z samym sobą w przestrzeniach górskich, na tarasach nieba, to, być może, doświadczy on balsamicznego spokoju, kojącego niczym aksamitny przyodziewek, niczym ambrozja. Oddalenie od zgiełku przybliża niejednego do transcendencji i rodzi tęsknotę do bycia z ludźmi.

W jesiennych podmuchach wiatru dostrzegam czasem spadające lawiny liści, niczym kaskady łez. Jesień szelestem liści pod nogami, pędzonymi wiatrem chmurami, a czasem błękitem i przezroczystością powietrza, daje nam znać, że natura udaje się na spoczynek, by z wiosną obudzić się na nowo.

Gdy zmrok gasi kolory, gdy górskie wiatry przymuszają drzewa do ukłonów, gdy zwierzęta szukają bezpiecznego schronienia, to i człowiek przystosowawczo zaszywa się w swej niszy, by przeczekać harce natury. Tutaj, w górskich klimatach, zdarza się słyszeć głośną symfonię  wyrażaną błyskawicami, gromami, wichurami, szumem wody, koncertem ptaków i bezszelestną ciszą wieczoru.

Będąc tutaj, ma się możliwość odejścia od  zamulającego umysł natłoku medialnych przekazów, od tumultu i codziennych uzależnień. Tutaj będzie miała szansę pojawić się myśl o sens życia, o miejsce w nim, o porządek i o wartości. Mogą pojawić się też pytania: jakich lekcji życia nie odrobiłem, komu nie wybaczyłem, kogo skrzywdziłem, jakich wyzwań nie podjąłem, przed czym zdezerterowałem? Może też zrodzić się refleksja, że w życiu nie chodzi o to, aby było łatwo, ale żeby to życie miało sens. W tych miejscach udaje się czasem pozbierać szczęśliwe dni w wiązkę radosnych wspomnień i zanieść je w smutne chwile, by szala radości przeważyła. W tych miejscach retrospekcja daje możliwość dojrzenia tego, z czego jest się dumnym, na czym chce się budować lepsze jutro.

Jeśli zdarzy się, że w tych miejscach przebywa się z kimś miłym, akceptowanych, syntonicznym na obszarze wrażliwości, kulturalnym, taktownym i przyjaznym, to wrażenia stąd wywiezione mają zwielokrotnioną moc. Czasem wędrówka w grupie dostarcza nieco innych refleksji, tych skierowanych na osoby, na relacje. Można czasem zauważyć, że grzeczność i uprzejmość niekiedy bywa odczytywana jako słabość. Kiedy indziej ktoś spotkany na szlaku  wita nas przyjaznym gestem, życzliwym słowem i grzecznościowym pozdrowieniem.

Jednak najbardziej owocne w refleksje są chwile  z samym sobą. W nich jest miejsce na zadumę, na uładzenie myśli i hierarchii wartości, na osiąganie głębszych poziomów samopoznania. Jest też czas na zatroskanie o dziecko w sobie. Można dojść do konkluzji, że nie warto iść przez życie w rytm cudzych bębnów, że warto zadbać o rozwój swoich potencjałów. W takim entourage’u dokonuje się moje duchowe SPA, moje doładowywanie akumulatorów. W takich realiach człowiek staje się bardziej kreatywny i bardziej wydajny na obszarze intelektualnym i duchowym. Tutaj mają szansę zakotwiczyć się  postanowienia. Wiadomo bowiem, że największe dzieła powstawały, w większości, nie w rozgwarze kawiarnianym, nie podczas ludycznych mitingów, ale w ciszy i w odosobnieniu.

Z oddalenia od spraw codzienności, od telewizora i komputera, od telefonów i sms-ów, można mieć inną optykę spojrzenia na problemy, na wartości, na to, co ważne w życiu. Możemy poczuć się jak orzeł szybujący nad rozległą przestrzenią i wówczas nasza perspektywa widzenia poszerza się. W takich warunkach może wybrzmieć podniosłe Te Deum. Mogą też zaistnieć refleksje o treści egzystencjalnej. Z takich obszarów powraca się ubogaconym, zdolnym lepiej rozumieć ludzi wokół nas i samego siebie. W tych klimatach można rozpoznać pustkę egzystencjalną i doświadczyć dystansu do tego, co w codzienności uwiera, niepokoi lub frustruje.

Jeśli ma się odwagę na pobyt z samym sobą, na konfrontację z własnymi myślami, z dala od medialnych fast foodów, to może zdarzyć się, że odważysz się zdjąć otulinę waty ze swego samozadowolenia, z nieuzasadnionych pocieszeń i fałszywych uspokojeń. Wtedy mogą pojawić się kłopotliwe pytania: jakich szkód nie naprawiłem?, obok czyjego nieszczęścia przeszedłem obojętnie?, czy dbając o swój poziom cholesterolu, tak samo pieczołowicie zabiegam o ład myśli, intencji i czynów w sobie? – czyli o ład duchowy? Czy nie zapomniałem używać sumienia, czy uwiera mnie ono, a może dotknął mnie paraliż sumienia, że zło nie nazywam złem i nie chcę się mu przeciwstawiać? A może jest tak, że moje oczy zbyt wiele mi schlebiają.

Kiedyś obserwowałem na górskim szlaku siedzącego wędrowca, który zdawał się rozmawiać z kamieniem przydrożnym. Ów wędrowiec opisywał swoje pogmatwane i kręte ścieżki życia, wypowiadał swoje żale, upadki i swoje tęsknoty. W pewnej chwili kamień poruszył się i uronił kilka kropel porannej rosy.

Ja z tych miejsc powracam w swoją codzienność do obowiązków i powinności, wolny od duchowych toksyn. Stąd powracam wyciszony, uładzony, widzący więcej, dalej i głębiej. Wydaje mi się, że wracam stąd zresetowany ze spamów codzienności. Stąd zdaje mi się, że powracam lepszy dla siebie i dla ludzi. Czuję się jakbym odbył rekolekcje z naturą, która dała mi trochę pokory i wyhamowania, która poskromiła moje nadmierne apetyty. Do takich miejsc zachęcam innych.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Nie tylko praca. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.