Oblicza samotności1

Żyjemy w czasach dominacji informatycznych i elektronicznych komunikatorów. Te komunikatory, zamiast zbliżać ludzi do siebie, oddalają ich z każdym rokiem coraz bardziej. Współczesny człowiek częściej czuje się wyizolowany ze społeczności i coraz bardziej samotny. Wielu badaczy potwierdza uzależnienie (już nie tylko młodzieży) od wspomnianych komunikatorów, a w szczególności od internetu. Coraz więcej osób myli lub utożsamia świat wirtualny z realnym. Coraz rzadziej można poprowadzić z kimś od początku do końca interesującą konwersację, by telefon komórkowy nie przerwał jej. Wielu terapeutów usiłuje przeciwdziałać temu trendowi i wyprowadzać ludzi z uzależnień.

Człowiek jest istotą społeczną i potrzebuje innych obok siebie, by rozwijać się i uspołeczniać, by zaspokajać wiele istotnych dla zdrowego funkcjonowania potrzeb. Bycie obok innych, to także bycie uważnym, skupionym i wsłuchanym w kogoś. Takiej obecności i takich relacji potrzebujemy.

W obecnej dobie, w czasach nam współczesnych, coraz częściej wielu ludzi traci kontakt i poczucie więzi z innymi. Relacje z innymi, także w rodzinie, są powierzchowne, kruche i nietrwałe. Duże miasta oferują ludziom różnorodność atrakcji i wielu samotnych, w nadziei na dreszczyk emocji, udaje się do klubów, dyskotek i innych skupisk, licząc, że to przyniesie ich życiu spełnienie i da szczęście. Życie w dużym mieście często pogłębia nawet poczucie samotności. W  Niemczech liczba osób, które żyją same, wynosi ponad 11 milionów. (Wunibald Müller, Być samemu nie znaczy być samotnym. Wydawnictwo SALWATOR, Kraków 2007, s. s.7). Samotność towarzyszy nam zawsze jako część naszego życia, jest realnym elementem życia.

Praktyka terapeutyczna daje mi  możliwości obserwowania różnych oznak samotności. W tym materiale pragnę zaprezentować różne oblicza samotności. Chcę przy niektórych zatrzymać się z krótką refleksją i z empatycznym komentarzem.

Gdy skurczył się świat przez możliwość łatwego przemieszczania się, gdy zwykła wymiana  myśli w bezpośrednim międzyosobowym kontakcie zaczyna bywać rzadkością lub schodzić na dalszy plan, to pragnienie żywego, nie wirtualnego kontaktu, stało się wymogiem obecnego czasu o wiele bardziej niż to było dawniej.

Miałem możliwość obserwowania samotność dziecka, samotność osoby niepełnosprawnej, samotność młodzieńca w kwiecie wieku i małżonków w pozornie szczęśliwym małżeństwie. Przypatrywałem się samotnym na obczyźnie, samotnym w szpitalu, samotnym wśród ludzi i odwagę samotnie bronionej racji, bronionych wartości i godności. Widywałem także osoby wyizolowane, niemal napiętnowane, za odrębność myśli, poglądów i postaw. Spotykałem osoby samotne, dla których żadne święta nie są miłe, którym doskwiera czas sobotnio-niedzielnego wypoczynku. Tym różnym samotnościom spróbuję przyjrzeć się nieco dokładniej.

Oto dziecko, oddane na wychowanie obcym ludziom, przeżywa samotność naznaczoną deprywacjami wielu potrzeb potrzebnych do normalnego wzrastania. Oschłość, obojętność, brak poczucia bezpieczeństwa odcisnęły swoje piętno na jego życiu. Jak czują się dzieci niechciane, chowane w emocjonalnej lodówce? Jak dźwigają ciężar emocjonalnych deprywacji, który jest zbyt duży jak na ich wiek? Jakie podwaliny daje im owa deprywacja do budowania poprawnych więzi z innymi?

Oto nastolatka z brakiem akceptacji samej siebie, aspirująca ku dorosłości, pełna tajemnic i buntu oraz znaków zapytania, chcąca bronić wartości, przeżywa osobliwą samotność, której przeżywania nie ma z kim dzielić.

Można zobaczyć także samotność w szpitalnych realiach, gdy automat podaje kawę, gdy wnuczek  odwiedza dziadka tylko po to, by odebrać comiesięczną daninę.

W tych samych szpitalnych realiach widywałem samotność, która objawiała się tym, że w godzinach odwiedzin chory wyruszał na przymusowy spacer korytarzem, by nie raniły go pytające spojrzenia odwiedzających przy innych łóżkach. A jak przeżywał ten, do którego nikt nie przyszedł w odwiedziny, który nie mógł opuścić łóżka? Widywałem bolesną samotność mężczyzny, któremu zawalił się świat, gdy doznał udaru mózgowego, gdy stał się zależny od kogoś.

Odnotowywałem wielokrotnie w swojej praktyce samotność przeżywaną w małżeństwie. Objawiała się ona cierpieniem spowodowanym niemożnością pójścia na kompromis, gdy trzeba było bronić racji,wartości i godności. Widywałem też samotność osób z dysfunkcjonalnością w zakresie komunikacji słownej, której towarzyszyły stany logofobii. Opisywano mi naganne zachowania rówieśników deprecjonujące i ośmieszające, które doprowadzały jednostkę do izolacji społecznej, które kreowały postawy wycofywania się z kontaktów z innymi.

Bywałem świadkiem odważnych zachowań, które to broniły słabszych, które skazywały obrońcę na samotność, gdy innych nie było stać na zajęcie odważnej postawy. Wysłuchiwałem też relacji o wewnątrzrodzinnej samotności, o wewnątrzrodzinnym wygnaniu, gdy na rodzinę liczyć nie można było, gdy rodzina wrogo lub obojętnie traktowała swego członka albo wstydziła się za niego.

Obserwowałem samotność w obronie własnych wartości i sprawiedliwości, bez zaplecza sojuszników; samotność, która zasługiwała na szacunek i uznanie, gdyż tworzyła lepszą jakość życia. Widywałem i taką samotność, która wypowiadała wojnę patologii, kłamstwu, niesprawiedliwości, konformizmowi.

Miałem możność poznać też nadzwyczaj dolegliwą samotność rodziców oddanych do przytułków. W ich spojrzeniu skierowanym z nadzieją w drzwi wejściowe, w korytarzowej scenerii państwowej placówki, przeżywają rozczarowanie dziećmi i bezsens swoich trudów w ich wychowanie. Ich relacje, kierowane do innych, wybielają postawę i wybory dzieci; znajdują dla nich wiele usprawiedliwień, gdyż taka postawa pozwala im trzymać się na powierzchni życia.

Spotykałem rodaków na zagranicznych szlakach swoich wędrówek, którzy u zagranicznych chlebodawców szukali warunków do godziwej egzystencji, którzy doznawali upokorzeń w realiach obcego kraju, którzy przyjeżdżali na święta do Polski, pokonując tysiące kilometrów. Ich smutek, tęsknota za krajem, którego realia zmusiły do wyjazdu, składają się na osobliwą samotność, której doświadcza wielu.

Widywałem też samotność naznaczoną egzystencjalnym smutkiem, którą charakteryzowały: ukrywanie własnych uczuć i brak odwagi życia w prawdzie, lęk przed pokazywaniem siebie prawdziwego, odsłoniętego, ufnego, tworzenie zasłon dymnych, pokazywanie sztucznego oblicza, prezentowanie zakłamanego wizerunku siebie. Odnotowywałem też samotność warunkowaną toksycznymi relacjami, poczuciem mniejszej wartości, niezasadnym wstydem. Spotykałem także samotność niezdolną do podejmowania ryzyka, uwięzioną w konwenansach i w ograniczeniach zasadami, pozorującą siłę, niezależność i samowystarczalność.

Ale widziałem także samotność przeżywania i smutek po stracie kogoś bliskiego (żony, męża, dziecka, rodzica). Ta samotność domagała się czasu i bliskiej obecności kogoś obok. Czasu, który leczy, który wycisza i stwarza warunki do pogodzenia się z tym, na co nie mamy wpływu. Dla niektórych śmierć kogoś bliskiego oznacza pochowanie radości na resztę życia i wtedy smutek osamotnienia wkracza w codzienność, lokuje się na obliczu i w oczach oraz kładzie cię cieniem na życiu.

Spotykałem też samotność zadomowioną, oswojoną, przeintelektualizowaną i zbyt mocno wyizolowaną z relacji. Taką najczęściej bywa samotność zbyt mocno skoncentrowana na sobie, daleka od bliskości z innymi, bojąca się jej. W takich samotnościach spotykałem uzasadnienia: nie chcę aby ktoś krzątał mi się po życiu, nie chcę, by wymuszał na mnie kompromisy, by roszczeniową postawą manipulował mną, by po swojemu meblował mi życie, by ograniczał moją autonomię. Ci najczęściej nie wiedzą lub wiedzieć nie chcą, że bliskość leczy, a wycofanie izoluje.

Widywałem samotność osób bezdomnych, która sprowadzała ich do przychodni lekarskiej, by porozmawiać z ludźmi, by ogrzać się ciepłem, by pozorować pozostawanie na powierzchni życia.

Jako student, obserwowałem też na oddziale dla kobiet i dla mężczyzn, w więziennych warunkach, samotności naznaczone szykanowaniem funkcjonariuszy służby więziennej i upokorzeniami grypsujących. Gdy niefortunne koleje losu rzuciły kogoś na więzienną pryczę, gdy ten ktoś nie ma oparcia w rodzinie lub w kimś bliskim na wolności, to takiemu życie przestaje smakować. Im wrażliwszą jest osobą, tym dolegliwiej przeżywa swą samotność.2 Podobnie jest z osobą w wojsku, którą „fala” upokarza, szykanuje – i,  czasem, doprowadza do samobójstwa.

Gdy ucichną modlitwy, gdy zgasną świątynne światła, gdy liturgiczny ceremoniał dobiegnie końca, to i ksiądz, ogrodnik dusz ludzkich, wraca do swej samotni, do swego mieszkania. Jego samotność może być tym dolegliwsza, im mniej jest zintegrowany ze swoją społecznością parafialną.

Pewna siostra zakonna wstąpiła do klasztoru jako kilkunastoletnia dziewczyna. Była przerzucana z klasztoru do klasztoru, gdyż w każdym czuła się źle. Źle odczytane powołanie, niedojrzałość wyboru drogi życiowej sprawiały, że było jej źle w warunkach każdego klasztoru. Ale innym też było źle z nią. Jej przełożona twierdziła, że za późno, by mogła porzucić po 40 latach życie zakonne, gdyż nie da sobie rady w dobrym funkcjonowaniu poza wspólnotą klasztorną. Jej samotność we wspólnocie, to osobliwa samotność skazana na dożywocie, na te same warunki i miejsce, na te same osoby.

Miałem sposobność obserwować samotność w depresji. W depresji przygnębiającej,   niezrozumianej nawet przez najbliższych, zniechęcającej do życia. Statystyki dowodzą, że wśród samotnych jest najwięcej osób z depresją i tych, którzy decydują się na samobójstwo. Wśród chorych są i tacy, dla których  łóżko i sufit to widoki ich codzienności.

Jeszcze inny koloryt samotności ma ta, która dotyczy osób o innej orientacji seksualnej. Ukrywanie, maskowanie, kompensowanie i kamuflowanie swoich preferencji oraz pozorowanie zachowań odmiennych, czasem wchodzenie w związki heteroseksualne, by ukryć przed światem swą odmienność, to częste postawy takich osób.

A jakie krzyże samotności i wyizolowania noszą osoby niepełnosprawne na wyboistych drogach życia? I jaki ciężar nosi takie dziecko, którego dzieciństwo skończyło się zanim, tak naprawdę, zaczęło się?

W sposób osobliwy przeżywają samotność osoby stanu wolnego (i nie tylko one) w warunkach sanatoryjno-wczasowych. Tzw. polowanie na partnera(kę) wpisane jest niemal w obyczaj sanatoryjnego pobytu. Przywdziewają pozy, stroją piórka, proszą o bliskość, o zainteresowanie, uciekają się do manipulatywnych zachowań i ukrytych strategii. Sposób zachowania pewnych osób bywa gorączkowy i zdaje się wołać: „Turnus mija, a ja niczyja”.

Byłem świadkiem samotności twórcy w małżeństwie, któremu żona zazdrościła sukcesów. Zetknąłem się też z parą małżonków, w której to mężczyzna był zastępowany mechanicznym  wibratorem.

Bywają też samotności w podejmowaniu decyzji za innych, za rodzinę, za wspólnotę, za społeczeństwo, za naród. Ich ciężar jest bardzo duży dla tych, którzy czynią to odpowiedzialnie.

Spotykałem osoby, które w obronie przed samotnością zmuszały się do bycia nie sobą, które płaciły za to sztucznością zachowań, brakiem autentyzmu w relacjach i fałszem maskującym brak poczucia własnej wartości. Są i takie osoby samotne w związkach, które umniejszają wartość drugiej osoby, by sobie dodać znaczenia, by sprawić wrażenie lepszych nieobarczonych słabościami czy wadami. Takie związki nie rokują pomyślnie.

Dlaczego niektórzy wybierają samotność, a inni są na nią skazywani?

Przyczyn należy poszukiwać w cechach osobowych i w uwarunkowaniach społecznych.
Jeśli ktoś jest z natury typem samotnika, to wiadomo, że będzie stronił od grupy – będzie się jej bał.

Mówi się, że jeśli ktoś nie akceptuje siebie, to lgnie do grupy, do innych, by tam szukać akceptacji.

Jeśli ktoś w dzieciństwie był mało ważny dla rodziców, gdy był zaniedbywany, dołowany, poniżany, to skąd nabierze zaufania i pewności do kontaktu z innymi. Taki ktoś, nie potrafiąc zadbać o siebie, nie potrafi też zatroszczyć się o innych. Brak szacunku do siebie, brak poczucia własnej wartości, brak uważności skupionej także na sobie, nie zaowocuje ufnością, otwartością i empatią w relacjach z innymi. Zasklepienie przed relacją z innymi, obawy przed bliskością bywają powodowane nie tylko mylnymi i zaniżonymi wyobrażeniami na swój temat, ale także przez fałszywe wyobrażenia o innych, przez negatywne i traumatyczne przeżycia w przeszłości, przez podleganie stereotypom i nieprawdziwym przekonaniom. To one przeszkadzają ludziom być blisko siebie. Realizując potrzebę bliskości, kładziemy podwaliny pod zdrowy rozwój. Radość dzielona z kimś bliskim znaczy tak wiele, tak wiele. Jeśli przeszłość pozostawiła w nas ślady przeżyć z czasu, gdy byliśmy odrzuceni, zawstydzani, wyśmiewani, gdy spotykała nas złość i niechęć, gdy byliśmy ignorowani i niedostrzegani w chwilach potrzeby bliskości, to te warunki mogły wykreować postawę nie przyznawania się do tego, że nosimy w sobie potrzebę bliskości.  Te czynniki mogły doprowadzić do zaniechania dążeń realizujących potrzebę bliskości i do ufortyfikowania się  w swojej pozornej niezależności.

Nadmiernie wrażliwe osoby, ich niechęć do wchodzenia w relacje rywalizacyjne, są skazane na odosobnienie od środowiska, które odczytują jako zbyt agresywne i ekspansywne.
Potrzeba bliskości jest bardzo ważną potrzebą. Zdarza się, że ktoś wchodzi w związek z deficytami przeszłości, z lękiem przed bliskością. Pozostaje wówczas w chłodnym dystansie, narażając siebie i partnera na rozczarowania i frustracje. Z bliskością wiążą się: poczucie wspólnoty, wzajemność, zaufanie, poczucie bezpieczeństwa, wrażliwość, serdeczność, akceptacja, tolerancja, szacunek szczerość, troska, zrozumienie, życzliwość, empatia, uważność. Bez tych elementów żaden związek nie rokuje pomyślnie.

Spróbujmy wyobrazić sobie dziecko porzucone, oddane obcym na wychowanie. Jak dolegliwie przeżywa swoją samotność, jak żyje ze świadomością niekochania, jak i czym kompensuje deficyty, jak brak miłości i zatroskania budzi mary, które zaglądają mu pod poduszkę, jak dolegliwie nawałnice trudnych zdarzeń przygniatają je. Przed kim ma manifestować swój żal i radość w swej drodze przez życie, do kogo ma iść na skargę, gdy źródło łez już wyschło i płakać nie ma czym

Ile razy i jak dramatycznie przeżywał samotność Jezus Chrystus? – wiedzą o tym nie tylko znawcy Nowego Testamentu.

Każdy z nas przeżywa co jakiś czas na ścieżkach życia rożne okresy samotności, od dziecka aż po zmierzch życia. Obecne signum temporis  to coraz bardziej zauważalne i nasilone przeżywanie samotności o różnych obliczach i odmianach, u osób w różnym wieku.
Obserwowałem różne oblicza samotności w dużym skupisku studenckim, pośród studentów lat pierwszych zamieszkujących w akademikach.3 Samotność była efektem oderwania od środowiska rodzinnego wraz z przejściem w realia dużej aglomeracji miejskiej. Samotność ta była jednym z wielu czynników niepowodzeń dydaktycznych.

Co traci osoba wyizolowana ze środowiska rówieśniczego, zawodowego czy towarzyskiego?
Traci wiele, gdyż ma dostęp do zawężonej porcji informacji, gdyż w tym zawężeniu może źle odczytywać i interpretować rzeczywistość, w tym – źle odbierać zachowania ludzi. W swojej praktyce spotkałem takich, którzy pod wpływem długotrwałego osamotnienia, tracili racjonalną ocenę sygnałów płynących od innych. Zdarzało się, że gesty akceptacji, uznania i aprobaty traktowali jako oznaki szydzenia lub sympatii i adoracji.

Potrzeba bliskości istnieje w każdym człowieku, a deficyty w realizacji tej potrzeby są coraz większe pod każdą szerokością geograficzną.4 Samotność jest dość  powszechna. Jest zazwyczaj ukrywana, maskowana lub kamuflowana. Kto samotny, ten markotny. Samotność wydziela soki goryczy. Gdyby ktoś założył partię samotnych, byłaby ona najliczniejsza. Samotność jest ceną wielkości, oryginalności, odwagi. Jest też naturalnym stanem egzystencji. Samotność jest przyjemnością dla tych, którzy jej pragną, i męką dla tych, co są do niej zmuszeni (pisał Wł. Tatarkiewicz).

Jednak warto mieć i to na względzie, że człowiek wyizolowany społecznie lub samemu izolujący się, może źle postrzegać rzeczywistość, mylnie interpretować zdarzenia, gdyż nacechowane subiektywizmem oceny mogą być fałszywe i w skrajnych przypadkach oscylować wokół patologii.

Brak konfrontowania własnych opinii z opinią innych, może prowadzić do wysnuwania mylnych wniosków i podejmowania błędnych decyzji. Za samotnością wielu osób kryje się lęk przed podejmowaniem decyzji na całe życie, przed odpowiedzialnością za drugą osobę, lęk przed utratą wolności i przed ograniczeniem. Niektórzy w dramacie przeżywanej samotności sięgają po używki i degradują się osobowo. Silne osobowo jednostki, żyjące odpowiednimi wartościami, są w stanie, mimo braku wsparcia, uchronić się od degrengolady. Samotni częściej narażeni są na ostracyzm, na wykluczenie, na izolację, choćby z powodu oryginalności i niezależności myślenia i postępowania oraz z lęku, by nie odebrali komuś partnera.

Człowiek, jako istota społeczna, w sposób naturalny dąży do bliskości emocjonalnej z drugą osobą. Będąc w związku emocjonalnym, w jakiejś mierze,  uzależnia się od tej osoby. Jeśli ktoś przeżył traumę, rozczarowanie, uraz, ból w kontakcie  z drugą osobą, to unika wchodzenia na ścieżkę emocjonalnych więzi z innymi. Wtedy jego relacje z innymi bywają płytkie i luźne. Takie relacje nie rokują pomyślnego związku i częściej grożą rozpadem.
Przez mój gabinet przewinęły się też osoby, które swoją samotność zapełniały powierzchownymi relacjami, niezobowiązującymi kontaktami, brakiem odpowiedzialności za kogoś. Dawały komuś pozorne zainteresowanie, pozorowaną przyjaźń, fałszywe monety wsparcia i w konsekwencji otrzymywały to samo, łudząc się tym, że są z innymi, że nie są same. Ich aktywności, ich nie do końca kontrolowane zachowania, zdawały się wołać o akceptację, o miłość,  o bliskość.

W relacjach z innymi, w bliskości z inną wybraną osobą realizuje się wiele potrzeb. Wymienia się najczęściej potrzebę: uznania i akceptacji, przynależności, opiekowania się, seksualną, stowarzyszania. Człowiek samotny, uciekając w samotność i w izolację, odcina się od zaspokajania potrzeb, uruchamia mechanizmy obronne i chroni się za murem tych mechanizmów,  a także przejawia wiele zachowań kompensacyjnych.

Czy pozostawanie w samotności to same straty? Z pewnością tak nie jest.

Czasem osoby pozostające w związkach bezzasadnie stawiają się wyżej ponad samotnymi i ze współczuciem wyrażają to.

Samotność jest mędrców mistrzynią (A. Mickiewicz). Jest ona przyjacielem twórców. Tylko w samotności najczęściej rodzą się wielkie dzieła i nieśmiertelne myśli. Większość znakomitych i ponadczasowych dzieł, wynalazków i idei powstało nie w rozgwarze, nie w ludycznych skupiskach, nie w świetle jupiterów i nie na bankietach celebrytów, a w odosobnieniu i w oazach samotności.

Zatem, bywa samotność twórcy, myśliciela, wynalazcy, odkrywcy, pasjonata, skupiona na dziele lub na idei.  W samotności lub przynajmniej w czasowym odosobnieniu możliwe staje się przechadzanie po ścieżkach sumienia i robienie rozrachunków z nim. W takich okolicznościach dokonuje się swoista metanoja. Są pasjonaci, odkrywcy, pionierzy, eksploratorzy, którzy  pochłonięci ideą, wbrew niedostatkom i trudnościom, doświadczają samotności nie dla pieniędzy, nie dla poklasku, a dla spodziewanych korzyści służących społeczeństwu. Tacy ludzie bywają kołami zamachowymi cywilizacji. Takim gigantom ludzkość po latach stawia pomniki i docenia ich wkład. Dlatego czasem samotność osoby bezżennej, wolnej, pozostającej we wdowieństwie albo w życiu zakonnym  i kapłańskim, poświęcającej się nauce i służbie innym, może być bardziej owocna niż osoby rozpraszającej się na wielu celach, na wielu działaniach. Bywają, bowiem, partnerzy w związkach, którzy nie pozwalają wzlatywać orłom, ale i tacy, którzy dodają skrzydeł nielotom. Spotykałem trudne, degradujące samotności we dwoje. Byłem świadkiem ich dyskomfortu, a nawet cierpienia.

Samotność to stan, w którym możemy się wyciszyć i zrelaksować oraz wczuć się w ludzi, a także mieć transcendentne odniesienia. Zbyt częste przebywanie z innymi ludźmi, zbyt intensywne zaabsorbowanie  codziennymi zajęciami, mogą wywołać w nas poczucie samotności, ponieważ nie trwamy w kontakcie z samym sobą. W samotności może pojawić się  zrozumienie i akceptacja samego siebie, a to prowadzi do udanych związków z innymi. Osoby, które szukają za wszelką cenę towarzystwa , które nie mogą wytrzymać ze sobą, często należą do tych, którzy dążą do zadowalania innych, bez troski o własny rozwój. Takie osoby swoje znaczenie odczytują w opiniach innych i stają się zadowalaczami innych. Tacy ludzie dają się łatwo zranić. Tacy zazwyczaj ukrywają swe prawdziwe oblicze. Ich związki z innymi stają się płytkie i nieautentyczne. „Nie jest im dane doświadczać akceptacji, uznania, miłości i bliskości, muszą  z nich zrezygnować i zostają sami.4  Znajdowanie czasu i miejsca na pielęgnowanie więzi z samym sobą, na udawanie się do osobistej, najskrytszej wewnętrznej sfery, a na koniec nawiązywanie więzi  z samym sobą i trwanie w niej, to ważne, by można było znaleźć dom u innych.

Dopóki nie zdołamy przezwyciężyć lęku przed bliskością, dopóty  będziemy sami. Decydujemy się być sami, ponieważ nie chcemy podjąć ryzyka, jakie kryje się w związku. Osoby, które nie potrafią budować związków, utrzymują z reguły tylko powierzchowne kontakty. Brak im empatii i zdolności przeżywania intymności, które dają możliwość wyjścia poza powierzchowne relacje. Chcą zbliżyć się do drugiego człowieka, chcąc pozwolić mu zbliżyć się do nas, nie możemy stawać przed nim w pełnym rynsztunku, w pełnej zbroi, która nie pozwoli nas ani dotknąć ani przytulić. Im bardziej jesteśmy empatyczni, tym trwalsze i lepsze więzi nawiązujemy z innymi ludźmi, a wtedy nasze wyobrażenia nie stanowią zapory do wyjścia ku innym. Samotność postrzegana jako negatywne doświadczenie, można przezwyciężyć wówczas, gdy nie koncentrujemy się na własnej osobie, lecz jesteśmy w stanie dzielić się naszymi myślami, uczuciami, przekonaniami i doświadczeniami z innymi ludźmi. Lęk przed bliskością, obawa, że druga osoba wedrze się na teren mojej intymności, że pochłonie mnie, że utracę samodzielność, że zostanę rozbrojony z zabezpieczeń, że zostanę zraniony, stają na drodze i przeciwdziałają w zbliżaniu się do drugiej osoby.

„Jeżeli potrafię bez zastrzeżeń zaakceptować siebie samego, nie potrzebuję innych ludzi, by jaśnieć wewnętrznym blaskiem i zapomnieć o swoich niedomaganiach. Nie szukam już nieustannie uznania u innych. Wręcz przeciwnie, świadomy swojej wartości jestem w stanie polubić siebie samego, chętnie spędzać czas z samym sobą, postrzegać bycie samemu jako możliwość i szansę. Potrafię też wyjść ku innym ludziom naprzeciw i wzbogacić ich swoją obecnością”. (W. Müller , s. 110)

Są osoby, które w łączności z Bogiem czują siłę pozwalającą im przezwyciężać samotność. Osoby znajdujące ukojenie w samotności wskazują na Boga, który pozwala człowiekowi doświadczać samotności, by ten zbliżył się do siebie samego, by czegoś doświadczył na swój temat. Bo w samotności i w odosobnieniu, z dala od innych stajemy w prawdzie  przed sobą, zrzucamy maski, odrzucamy udawanie, bo do niczego ono nie służy. W samotności możemy wyzbyć się tego, co nie jest częścią nas i rozwinąć to, co jest autentyczne w nas. „Akceptacja bycia samemu jako istotnego elementu naszego życia stanowi pierwszy istotny warunek przezwyciężania samotności postrzeganej jako negatywne doświadczenie oraz doświadczenie bycie samemu jako czegoś pozytywnego” (za W. Müller, s. 120).
Samotność uświadomiona, zaakceptowana i ukorzeniona  w tożsamości może zachęcać do otwarcia się na zewnętrzny  świat  i wyjścia mu naprzeciw. Pomaga również rozwinąć  zainteresowanie kontaktami międzyludzkimi.

„Kto ciągle ucieka przed samotnością czyni to kosztem własnego rozwoju” (P. Tudor-Sandahl, za W. Müller s. 124).

Kreatywni ludzie pukają do drzwi ciszy i zanurzają się w samotności aż do momentu, kiedy zaczyna ona coś dla nich znaczyć. Samotność pozwala wypracować takie mechanizmy i takie postawy, które nie uzależniają mnie od innych osób, rzeczy, idei. „Człowiek jest istotą społeczną,  a zarazem samotną, ma zarówno potrzebę przebywania z samym sobą, jaki i potrzebę nawiązywania bliskich więzi. Umiejętność swobodnego poruszania się pomiędzy tymi dwoma stanami stanowi klucz do tego, by stać się w pełni dojrzałym człowiekiem” (P. Tudor-Sandhal,  za W.Müller s. 127). Gdy jesteśmy sami ze sobą znajdujemy czas na refleksje, na bolesne przemyślenia, na pojednanie, na naprawienie i tworzenie, na przygotowanie się do nowych przeżyć. Znajdujemy czas na pytania egzystencjalne, na konfrontacje z tym, co istotne. Jeśli umiem pozytywnie przyjąć fakt, że jestem sam, chętnie spędzam czas  z samym sobą, tak jak chętnie czynię to z przyjacielem.

Czy to, co wyżej, to apologia samotności? Ależ nie! Swoim tekstem pragnę zwrócić uwagę na to, że samotność, ta z wyboru, i ta niezamierzona, ta w związku i ta pozostająca w odosobnieniu, to równoważne wartości. Nie ma żadnych podstaw aby deprecjonować osoby samotne, a wychwalać stan byle jakiego związku. Dlatego dobrze jest przyjąć postawę dostrzegania bogactwa w drugim człowieku, w jego różnorodnościach światopoglądowych, kulturowych i rasowych, w jego wyborach i decyzjach, w mniej lub bardziej spójnych i złożonych układach rodzinnych, w jego chęci bycia w odosobnieniu, w jego powołaniu, w jego odrębności i osobliwości zachowań.

Czytelniku! Może odnalazłeś siebie pośród wymienionych przykładów. Może twoja  samotność ma jeszcze inne barwy i odmienne oblicza. A może boisz się samotności i uruchamiasz zachowania, którymi świadomie lub nieświadomie kompensujesz niedostatek bliskości, uznania, akceptacji. Może na siłę szukasz towarzystwa, od którego uzależniasz poczucie własnej wartości i zdaje ci się, że w towarzystwie nie jesteś samotny. Czy taka postawa rozwija cię i ubogaca? Czy robienie czegoś, by przypodobać się innym, to dobry sposób na przeciwdziałanie samotności? A może unikasz podejmowania tematu samotności w autorefleksjach i w rozmowach.


1. Temat samotności podejmowałem też w książce: A. Bochniarz, Świat różnych wartości. Michalineum 1998, s. 163-201.
2. Na zlecenie Ministerstwa Sprawiedliwości koła naukowe studentów prowadziły w Polsce (1970 r.) badania na temat: „Dolegliwość kary w warunkach recydywy”. Uczestniczyłem w tych badaniach.
3. W 1972 r. prowadziłem badania w środowisku akademickim Lublina na temat obyczajowości studenckiej. Materiał z tych badań opublikowałem w: „itd.”-  1973 r. oraz w kilku numerach czasopisma „Student” – w latach 1973 -74. Wzmiankowałem też o samotności w opracowaniu: „Niektóre determinanty niepowodzeń dydaktycznych studentów lat pierwszych”, Lublin, UMCS, 1972.
4. Doniesienie internetowe informowało, że w USA ktoś założył stowarzyszenie, które odpłatnie świadczy usługi związane z przytulaniem się. Usługodawcy odpłatnego przytulania się wyraźnie zastrzegają, że nie może ono mieć podtekstu erotycznego. Usługodawcy nie narzekają na brak zleceń i zamówień.
5. J. L. Hart., za W. Müller, s. 31.

Ilustracje: https://pixabay.com/pl

Ten wpis został opublikowany w kategorii Nie tylko praca. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.