Moi podopieczni

Kiedyś pewien dziennikarz podczas wywiadu zapytał mnie: „Jakie osoby odwiedzają pana gabinet?” Wówczas odpowiedziałem mu: osoby z jąkaniem, z seplenieniem (z dyslalią), z mową nosową (z rynolalią), z opóźnieniem rozwoju mowy, z rotacyzmem, po urazach mózgu (z afazją) oraz z zaburzeniami o podłożu neurotycznym. Dzisiaj, po czterdziestu latach praktyki zawodowej, odpowiedziałbym inaczej.

Wśród osób, które odwiedzają mój gabinet są takie, które potykają się nawet o swój cień, o swego Anioła Stróża, i takie, które swoim oddechem potrafią ogrzać cudze serca. Spotykam w swojej praktyce również takich, na obliczach których widuję zasuszone łzy, których smutek wbił się nawet w najdrobniejsze zakamarki ich ubrania. Mam przyjemność obcować i z takimi, których wrażliwość na kształt słowa rozpoznaję, i im właśnie staram się ofiarowywać bukiety odświętnych zwrotów, określeń i myśli, bo wiem, że tacy właśnie potrzebują takiego języka przekazu.

Spotykam osoby, które nie mają powrotów, bo nigdy nie wyruszyły  w żadną podróż, bo nigdy nie zaryzykowały wyjścia z kokonu nieśmiałości i lęku na autostradę życia. Mam sposobność obcować z takimi, którym próbuję pomagać szukać prawdy i sensu w zawiłościach ich życia.

Bywa, że w kontakcie z innym człowiekiem wyczuwam zbieżność naszych pulsów, osobliwą wspólnotę i tę samą tonację przeżywania. W moje progi wstępują czasem osoby, które zbyt częstym zrywaniem grzesznych owoców zagubiły drogi do szlachetnych celów i takie, których bogactwo objawia się w ich milczeniu. Widuję też osoby z bagażem rozpaczy, niezasadnych roszczeń, neurotycznych potrzeb, które burzą im harmonię współżycia. Spotykam też osoby z zadomowioną trwogą, z kamienną twarzą, z przyspieszonym tętnem, z pytaniem w oczach, z lamentem nad własnym losem, z wygrażaniem niebu.

W swoich próbach przyjścia z pomocą usiłuję naprawić połamane skrzydła myśli, poranione wspomnienia i  zabarwiam krajobraz zielenią, wrzucając na nieboskłon kolory tęczy. Próbuję pocerować słowami pustkę i mroki przeżywania mego podopiecznego. Wyprowadzam z jałowych gleb i podlewam wodą pocieszenia. Gdy widzę, że nad człowiekiem wzlatują kruki chcące uwić sobie gniazdo we włosach, gdy dostrzegam nudę w  jego codzienności, którą on miesza godziny i dni, to usiłuję wybudzić go z letargu, z indolencji i zachęcić do aktywności. Bywa to czasem trudne.

Gdy w skardze człowieka słyszę, że jemu noc otwiera powieki, że zaplątał się w labiryncie trudnych spraw, to usiłuję wpleść w jego codzienność czarowne promienie ciepłej życzliwości i przybliżyć mu optymizmem zabarwioną linię horyzontu. Czasem postrzegam osobę w jej zajęczym popłochu, zredukowaną i skarłowaciałą z lęku przed ludźmi, przed upokorzeniem, przed zranieniem.

Szukam szczęśliwych wysp i bezpiecznych portów pośród nawałnic i burzliwych dni moich podopiecznych. Niekiedy udaje mi się wydobyć z mądrości milczenia talizmany słów na tę chwilę, na tę potrzebę. Gdy oni piją swoją herbatę słoną od łez, gdy przygniata ich trwoga, niepokój i paraliżuje lęk – aż do stuporu, gdy miesza się w nich ból i radość jednocześnie, próbuję powoli rozmiękczać betonową skorupę, za którą skrywają się ich labirynty, mroki i koszmary codzienności. Czasem udaje mi się zaprosić do życia radosne świetliki i wtedy oczyma wyobraźni widzę moich pacjentów na ich promenadach, w ich szczęśliwościach. I wtedy nawet kwiaty wokół przymilnie posyłają ku nim powabne wonie i barwy, a akacje rzucają  pod nogi swoje słodkie płatki. Kiedy indziej usiłuję wydobyć z niebytu nienarodzone marzenia, żale nienazwane, skargi niewypowiedziane i nieokreślone szlaki do niewybranych celów.  Bywa, że zbliżam się do ich trwożliwych szeptów nocy. Widuję ich na szynach i torowiskach znanych od dzieciństwa, które nie pozwalają zbaczać i wtedy zapraszam ich w przestrzeń ciszy by uładzić chaos, który zamieszkał w ich wnętrzu. Niekiedy zauważam jak ciągną za sobą cienie dnia w nocny obszar niespełnionych snów. Gdy bywam obdarzony zaufaniem, gdy mam dostęp do istotnych puzzli życia, to próbuję poskładać obłoki pamięci i stworzyć uładzoną mozaikę nadziei.

Im dłużej pochylam się nad ludzkimi sprawami w ich codzienności, w utrapieniach, w dysfunkcjonalnościach i w smutkach, tym częściej dostrzegam bogactwo zróżnicowania i skarby wnętrza komnat osoby. Zdarza mi się docierać do miejsc tajemnych, zaklętych w zaczarowaniu, ukrytych za rodzinnym tabu, będących pokładami siły, dobra i witalności. W drodze do owych skarbów potykam się o zasieki, sprzeczności, nielogiczności, wpadam w sidła niekonsekwencji, gubię latarkę w ciemności, odgarniam pajęczynę zaniedbania, strzepuję wieloletni kurz, odsłaniam pyszną dumę i spaśne samozadowolenie.  Oświetlam pokoje nieuczestniczenia i płytkiej samoakceptacji. Docieram do miejsc zaniedbanych, będących ugorami, do osieroconych źródeł wzrastania, do podstaw nadziei. Bywa, że obnażam osobę, zdejmując z niej koszule wygodnictwa, pozoru  i kamuflażu maski. Słownym przytuleniem oznajmiam jej swoją akceptację i zachęcam do wejścia w naturalność, do bycia sobą w swej autentyczności godnej szacunku.

W twarzach wytartych przez czas i w tych, które są zaledwie w rozkwicie, w obliczach naznaczonych cierpieniem, zranieniami i  nieopancerzoną wrażliwością -  dostrzegam czasem niemy krzyk, nieśmiałą prośbę i wołanie o pomoc.

W swoich usiłowaniach uładzenia duchowej rzeczywistości moich podopiecznych spotykam osoby, które idąc przez życie znaczą swój szlak toksynami, wampiryzmem, obłudą, ironią, sarkazmem, szyderstwem, zawiścią, roszczeniami, brakiem tolerancji dla wszelkiej odmienności. Spotykam i takich, którzy taranują wszystko po drodze i dumnie noszą wysoko głowę w przekonaniu swych racji. Bywa, że miewam do czynienia z takimi, których ogniska gasną nie z powodu starości, ale z lęku przed pazernością świata, której ich wrażliwość nie może znieść. Widuję ich codzienność naznaczoną rezygnacją z aktywności zredukowanych do tego, co konieczne (aby do jutra). Pomagam im na nowo rozniecać ogniska, otwierać okna na świat i delikatnie popychać do wejścia w życie z ich talentami, dobrem subtelnością przeżywania, z ich wyjątkowością i z arsenałem dobra nieeksploatowanego. Bywają odrętwieni, skuleni, posępni w mroku dnia, w depresyjnym nastroju prowadzą cyklofreniczne monologi. Boją się światła, boją się ludzi, boją się wyjścia na powierzchnię poza skorupę fobii. Zbieram rozproszone nadzieje i ich sumą kreuję dla nich optymistyczne wizje jutra. Uładzam emocjonalny entourage na miarę możliwości swoich i pacjenta. Czasem czuję się akuszerem dobra moich  podopiecznych, a kiedy indziej przewodnikiem po labiryntach ich życia.

Moi podopieczni to także osoby objawiające radość istnienia i wdzięczność za różne oblicza życia, żyjące jawą, snem i złudzeniami, samotni i szukający oparcia w innych, spragnieni miłości i zranieni w niej, przestraszni serią niekorzystnych zdarzeń, nadmiernie gadatliwi i nazbyt milczący, rozmiłowani w ciszy, nadzwyczaj urodziwi, przeciętni i z deficytem walorów zewnętrznych. To również hojni dawcy, aktywni rodzinnie i wyizolowani ze społeczności, o wyraziście zarysowanych cechach charakteru i o rozmytych konturach cech. To także nie umiejący radzić sobie z codziennością i nadzwyczaj efektywni na pewnych obszarach. To niekiedy osoby indolentne, zależne, niesamodzielne, niedojrzałe, a kiedy indziej ogarnięte pasją i ciekawe świata, pragnące rozwoju osobowego. Bywają wśród nich osoby skupione na sobie i osoby empatycznie ofiarne. Spotykam osoby spragnione miłości, akceptacji, uznania i takie, które innym dają wsparcie, ciepło zatroskanie. Na przestrzeni dziesiątków lat miałem do czynienia z osobami udręczonymi życiem, okaleczonymi licznymi zranieniami, rozdartymi wewnętrznymi dylematami, zatrwożonymi, zdradzonymi przez najbliższych. Miewam sposobność obcować z osobami wypalonymi życiowo i zawodowo, z tymi o roziskrzonym wzroku i z mętnym spojrzeniem, z objawiającymi tchórzostwo i nadmierną pewność siebie, ze zdradzającymi i zdradzanymi, z ufnymi i zawiedzionymi w nadmiarze zaufania, z ponurakami i z rozdającymi promienne uśmiechy. Bywają niekiedy niczym kloszardzi, których nikt nie odziewa, których ławka przytula i krata metra ogrzewa. Żyją krzepiąc się najtańszym winem, przykrywając gazetami. Są niczym podróżni bez bagażu spoglądający na nas mętnym wzrokiem, gdy biegniemy rankiem do biur ciągnąc za sobą zapachowy welon dezodorantów.

Spotykam osoby, których milczenie bywa bardziej wymowne niż girlandy słów i takie, które chce się osłonić przed złem tego świata z powodu ich wrażliwości. Wśród moich podopiecznych spotykam osoby, których oczy zdają się być niczyje, zapraszająco-wołające: nie skrzywdź mnie, pomóż mi, zaopiekuj się mną. Z wieloma próbuję empatycznie dzielić upokorzenie i rozpacz, bo tylko wtedy mogę być im pomocny. Zdarza mi się poprzez strzępy z trudem wydobywanych słów, w których zamknęły się emocje, docierać do niepełnej prawdy i stawiać wątpliwe hipotezy, by dotrzeć do rzeczywistych odczuć, doświadczeń i przeżyć, by lepiej zrozumieć człowieka w jego uwikłaniach. Zdarza się też, że w malutkim sercu dziecka, które trwożliwie bije, udaje mi się dostrzec jego przerażenie, marzenia, tęsknoty i niezwerbalizowane nadzieje i wówczas szukam dla niego zielonych przestrzeni, aksamitnych przyodziewków oraz błękitu nieba, by poprowadzić je na słoneczne plaże szczęśliwego jutra.

Miałem do czynienia z takimi, którzy tworzyli urokliwą historię bogatą biografią, a i z takimi, którzy byli jedynie konsumentami owoców historii innych. Z takimi, którzy donosili i po latach źle się z tym czuli oraz z takimi, na których donoszono, a także z takimi, którzy nieudolnym kamuflażem próbowali zaprzeczać o donoszeniu. Przychodzili nie po to by oczyścić się, nie z chęci zadośćuczynienia, ale z chęci zrzucenia z siebie uciążliwego nawisu przeszłości. Wielu z nich pomagałem zresetować przeszłość i niechlubną pamięć, by mogło być miejsce na zachowanie plików najcenniejszych zdarzeń, by mogli zacząć inne życie.
Przychodzą do mnie też osoby uduchowione, rozmodlone i takie, które same uważają się za boga.

Bywa, że moje duchowość nie rezonuje z ich formacją duchową i wtedy trzeba się liczyć z porażką. Gdy mam możliwość dłuższej współpracy w prowadzonej terapii, to miewam większe szanse formacyjnego oddziaływania i uzyskiwania trwalszych i efektów na rożnych obszarach funkcjonowania jednostki.

Bywa, że brak mi nastroju, ochoty i pomyślunku na to, by każdorazowo osładzać słonecznym miodem codzienność, by niebanalnym słowem wejść w trudny czas, by ze źródeł nocy przyjść do człowieka z naręczem gwiazd. Ale bywa także, że nie mam czym umaić ścieżek i dróg pocieszenia tym, którzy widzą czarne słońce.

Zdarza się, że mój podopieczny, schodząc ze ścieżyn na autostradę życia, staje się łowcą pereł i wtedy mam i ja powód do radości. Stwierdzam, że mój repertuar metod, sposobów, technik i strategii jest zbyt ubogi, aby móc pootwierać wszystkie komnaty ludzkiego przeżywania. Mam przekonanie, że nie mam atrybutów boskich, że nie każdemu muszę i mogę pomóc. Często rodzą się pytania, które kreują kolejną serie pytań bez odpowiedzi. Czując niemoc przyjścia z pomocą, powierzam sprawy Bogu, który po swojemu rozwiązuje supełki życia i niekiedy z zapracowania, zdaje mi się, że nie ma czasu ze mną rozmawiać.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Efektywność logopedy, Rozmowa ze specjalistą i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.