Landrynki satysfakcji

Znajduję się w poczekalni Gabinetu DEMOSTENES, prowadzonego przez specjalistę zaburzeń procesu komunikatywnego i psychoterapeutę – Antoniego Bochniarza. Tutaj mają miejsce osobliwe i bardzo efektywne terapie, które ściągają pacjentów z różnych regionów Polski, a także (sporadycznie) i z zagranicy.

 

 

   Od jakiegoś czasu wiadomo mi, że pana terapia ma osobliwy charakter ze względu na  holistyczne podejście i na pewne inne wyjątkowe aspekty. Wiadomo mi też, że oprócz terapii na obszarze zaburzeń komunikacji procesu komunikatywnego idzie pan dalej w swoim pomaganiu i sięga głębiej, niż to czynią inni. Proszę przybliżyć w opisie klientelę, której taka pomoc jest potrzebna. Domyślam się, że  wielu z nich ma kłopoty natury emocjonalno-duchowej

 

Antoni Bochniarz

Antoni Bochniarz

  Wśród osób, które odwiedzają mój gabinet są i takie, które unikają w życiu pierwszych planów i afiszowanej postawy. Chadzają poboczami i cienistymi drogami, na których potrafią dostrzec i zranionego ptaka i porzuconą nadzieję. Charakteryzuje je nadwrażliwość i osobliwa czułość w nieczułości świata oraz  niepewność, gdy inni wokół zdają się być bardzo pewni. Bywają takie, które innych postrzegają, tak jak siebie samych, niezasadnie przypisując im swoje cechy. Bywają i takie osoby, które boją się mroku nocy, których zmysły, niczym wrażliwe czujniki, zawsze są  w gotowości. Niektóre z nich poszukują słów akceptacji, gestu przytulenia i kogoś, kto ich wysłucha. Szukają sensu życia w bezsensach i paradoksach ich rzeczywistości, w pustce i w samotności, w miejscach, w których nikt na nich nie czeka, w mieszkaniu, do którego nikt nie przyjdzie. Przynoszą ze sobą blizny przeżyć, trwogę i złe tajemnice,  mówią o braku życzliwości i o braku serdeczności sąsiedzkiej oraz przynoszą zranienia od osób, którym zaufali. Czują oddech agresji na swoich plecach. Przynoszą także czasem swój niepokój, gdy bieda zaczyna zaglądać im do garnka i gdy samotność dokucza zbyt mocno.

Przychodzą z potrzebą oczyszczenia rąk z brudów codzienności. Biczuję się za zachłanną miłość, za utracone przyjaźnie, za zerwane związki, za nadmierną trwogę przed utratą bliskich. Ujawniają swoją delikatność nie mówienia innym tego, co o nich sądzą. Czasem wykazują niezaradność w zwykłych sprawach i nadzwyczajną wydajność w sprawach niezwykłych. Ujawniają też nadzwyczajny realizm transcendentny i brak realizmu życiowego. Boją się nawet marzeń, którym nie wyznaczają szlaków, których realizacji nie podejmują. Czasem pokazują swój bogaty świat twórczości, na obszarze którego realizują się ich marzenia i owocują spełnienia. Manifestują czasem wielkie uzdolnienia nigdy nie wykorzystane i niebiańską moc, która jest spychana i deptana przez destrukcyjną siłę negatywnych emocji. Przynoszą swój bogaty potencjał, swoją wielkość nigdy nie rozpoznaną, nigdy nie odczytaną. Bywa, że zaglądam poza słowa i czytam z  niewerbalnych komunikatów, z mikro ekspresji, z  postaw, z barwy i z natężenia głosu, z prozodii języka, z gestów, ze spojrzeń, a czasem z przemilczanych słów lub z  powstrzymanych gestów. Niekiedy w takim przekazie widzę wołanie „zaopiekuj się mną”.

Wśród mojej klienteli bywają osoby nie tylko z dysfunkcjonalnością w zakresie komunikacji werbalnej, ale  też z kryzysami emocjonalnymi,  z upokorzeniami,  z nerwicami, z zapętleniami w niemożnościach, zdradzeni, będący na zakrętach życia, z deprywacją potrzeb, z dźwiganą latami tajemnicą rodzinną.  Przychodzą spętani konwenansami i ukazują brak odwagi, by przeżywać swoje życie po swojemu. Przynoszą swoje cierpienie nie do końca zwerbalizowane i  resztki nadziei na nieobojętność, na zrozumienie, na wsparcie.

Bywa, że  czasem słyszę fałszywe tony w głosie i wtedy pomóc trudniej. Trzeba cierpliwie czekać aż osoba szukająca pomocy sama dojrzeje do konfrontowania się z prawdą – albo trzeba jej pomóc w tej konfrontacji lub rozstać się z nią. Czasem spotykam kobiety, które nie akceptują w sobie słabości, delikatności i otwartości, gdyż uważają je za słabość. Spośród takich wywodzą się te, które nie doceniają pierwiastka kobiecego w mężczyźnie, gdyż i u siebie go nie akceptują. One nie wiedzą, że najwartościowsza męskość to taka, w której jest trochę kobiecości i taka kobiecość, w której są pierwiastki męskości.

Czasem niektóre osoby pozwalają zaglądać do urokliwych komnat ducha, do tajemnych zakamarków. Ujawniają wtedy sytuacje z przeszłości, w których w ich małych rączkach mieściła  się ufność i  miłość przez lata nieeksploatowane. Bywam wówczas z nimi w ich przeżywanych na nowo goryczach rzeczywistości, w traumach miłości, w cierpieniach trudnych do udźwignięcia. Poznaję upokorzenia, upadki, słabości i zaniedbania, by móc lepiej rozumieć swoich podopiecznych, by dawać rady na miarę potrzeb i możliwości.

Dopuszczenie kogoś do tajemnych rejonów, wprowadzenie na obszar czasem niechlubnej i wstydliwej przeszłości, musi wiązać się z dużym zaufaniem do pana.

Gabinet Antoniego Bochniarza

Gabinet Antoniego Bochniarza

Mam tego świadomość i staram się nie zawieźć tego zaufania. Staram się dobierać odpowiednie słowa, szukać barwnych metafor i mówić do nich odświeżonym językiem. Wiem, że te osoby spotykały na swej drodze wielu sędziów i, że ich własne sumienie było też dla nich sędzią. Ja staram się nie być kolejnym oceniającym. Staram się patrzeć na nie ze zrozumieniem. Zrozumienie ich daje mi podstawę do proponowania zmian. Mam świadomość, że często te osoby cechuje dystans do ludzi, do spraw przyziemnych i pospolitych. Przynoszą żal do świata, który ich nie rozumie i samotność, która ich izoluje. Przynoszą wrażliwość duszy, niesłuszne biczowanie się wyrzutami sumienia, odroczonymi decyzjami, uczynkami po niewczasie, zaniedbaniami i gaszonym entuzjazmem. Przynoszą ze sobą zbyt długo noszony gniew, który znajduje niewłaściwe uzewnętrznienia. Odsłaniają głębię bólu, upokorzenia i zinternalizowane poczucie winy w tabuizowanej rzeczywistości rodzinnej. Przynoszą samotność swego związku, brak wybaczenia i  nieodreagowany gniew. Nie wiedzą, że gorszy od gniewu jest ten gniew, którego nie uzewnętrznia się. Zauważam czasem, że przez szczeliny ich emocji wydobywa się duszony żal i wówczas łzami odreagowują trudną przeszłość. W ich spojrzeniu, w głosie i postawie, odczytuję czasem wyczekiwanie na koło ratunkowe, na szklankę ożywczej wody, na katalizator zmian, na uważne wysłuchanie, na wnikliwą analizę ich sytuacji, na mądrą radę. Uwierają je: kanciastość relacji, maski naturalności, wydmuszki gestów zainteresowania, pozorne przyjaźnie, próby manipulowania nimi i lęk przed koniecznością stawania w prawdzie. Niekiedy odnoszę wrażenie, że utknęły w stereotypii zachowań i konwenansów, w nadmiernym uzależnieniu od opinii innych. Niektóre osoby duszą się w swych związkach, egzystując na marginesie bogactwa i różnorodności form życia, przeżywając destrukcyjną samotność. Widać w nich konformistyczne formy przystosowań, zredukowaną zmysłowość, uśpiony erotyzm, domagający się spełnienia, a realizujący się w wysublimowanych formach twórczej aktywności albo w rozdrabnianiu się w rozlicznych zajęciach. Potrzebują czułości, ale same boją się okazywać ją bezpośrednio, bo ona kojarzy się im ze słabością, a one nie chcą uchodzić za słabeuszy – nawet przed sobą. Same chciałyby doświadczać czułości, ale biernie trwają w drętwym oczekiwaniu, gdyż mają blokady natury emocjonalnej, religijnej, obyczajowej. Takie osoby potrzebują otulenia dobrym słowem, przyjazną, życzliwą i ciepłą energią, by mogły uzewnętrznić swój ból i nazwać swoją tęsknotę, pragnienie i oczekiwanie. Bywa, że nabrzmiałe wyczekiwaniem tęsknoty za bliskością i lęki przed nią, wyzwolić może właściwe słowo i odpowiedni gest we właściwym czasie procesu terapeutycznego.

Mam sposobność spotykać także takie osoby, które z wielką starannością dbają o urodę i estetykę domu, ubioru, wyglądu, ale nie dbają o urodę związku. Na tym obszarze nie czynią żadnych inwestycji.  Z czasem do ich związków zakrada się nuda, gaśnie urok zmysłowych uniesień, rozluźnia się więź i następuje rozpad. Bywa, że po takim rozpadzie, jeszcze przed uporządkowaniem swego życia formalno-emocjonalnego, gorączkowo rzucają się na oślep w poszukiwaniu bratniej duszy i dokonują podobnych (niedojrzałych) wyborów, nie na swoją miarę i  nie na swój czas. To kryzys emocjonalny, to niewłaściwa hierarchia wartości, to zranienia, to głód miłości każą im dokonywać niedojrzałych wyborów w niewłaściwie obranej logistyce zachowań.

   A może na ich złe relacje z innymi wpływa tabuizacja sfery erotycznej? Może deficyty na obszarze relacji damsko-męskich albo nieuporządkowanie na tym polu oraz coraz powszechniejszy wirtualny, a nie żywy  kontakt z innymi osłabia więzi i psuje relacje w realu? A może za rozpad związku lub za złe relacje w nim winne są obie strony i jeszcze inne czynniki.

Na złe relacje i społeczne wyizolowanie składa się wiele czynników.  Rzeczywiście, dzisiaj elektroniczne komunikatory zabijają potrzebę żywego kontaktu z druga osobą. Potwierdzają to ostatnio badania, z których wynika, że  japońscy mężczyźni bardziej interesują się pornograficznymi komiksami i grami wideo niż prawdziwym człowiekiem. Japońscy nastolatkowie nie chcą umawiać  się  na randki, czasem wręcz izolują się od życia społecznego. Zamiast tego wolą wirtualne nastolatki. (Tomasz Kobosz, Źródło: BBC News)

Ta prawidłowość i  u nas  zaczyna uzewnętrzniać się.

Spotykam w swoim gabinecie takie osoby, które boją się pożądliwych spojrzeń, które gaszą swój erotyczny apetyt, nie pozwalając rozkwitnąć pięknym pąkom zmysłowości. Przychodzą z zasuszoną miłością, z odłożonymi pragnieniami, z przegapionymi okazjami, gdy miłość pukała do ich serc. Bywa, że boją się bliskości. Udają silne i dzielne, robią dobre miny, a w samotności płaczą w ukryciu nad swoim położeniem i złorzeczą na nieprzychylność losu. Takie osoby nie podnoszą bryłek złota z potoku codzienności i wnoszą do swoich związków (o ile w takowych pozostają) nudę rutynę i szarość. Gaszą kolory zmysłowych uniesień, tłumią erotyczną ekspresję, wnoszą do związku mroczne klimaty i zabijają to, co piękne, radosne, co bywa kwiatem, niebem, słońcem i radością życia. One noszą w sobie syndrom lęku przed bliskością. One nie zaakceptowały swojej fizjologii, swej kobiecości. Takie osoby nie akceptują emanacji swej seksualności i nie potrafią dobrze funkcjonować w związkach. A przecież kobiecość jest piękna i fascynująca. I bardzo dobrze jest, gdy zostaje wzmocniona przez pierwiastek męski.

Są osoby, które  nie zauważają pereł,  bo gonią za fałszywymi wartościami. Tych pereł, którymi są: bezinteresowne i życzliwe uczynki innych, ciepłe gesty, sprawdzone przyjaźnie, miłość i poświęcenie najbliższych oraz wiele innych powabów i uroków życia.

Bywają i takie osoby, których wrażliwość skierowana jest na samych siebie. One mają skłonność do roztkliwiania się nad sobą. Takie osoby mogły nie otrzymać w dzieciństwie ciepłych uczuć zatroskania i miłości lub nie miały możliwości dzielenia się nimi z kimś.  W życiu dorosłym nie mają z czego czerpać, nie mają z czego dawać. Takie osoby częściej manifestują roszczeniowy stosunek do innych, w ich zachowaniach więcej jest odniesień ksobnych i egoistycznych. Daremne jest wyczekiwanie na empatię, na ich bezinteresowną pomoc, gdyż racjonalizacja, postawy konformistyczne, interesowne i pragmatyczne dominują w ich zachowaniach. Trudniej się z nimi zaprzyjaźnić, gdyż wieje od nich chłodem. Jeśli wniosły do związku niedojrzałe postawy i deficyty z przeszłości, to takie osoby częściej bywają bluszczami lub pasożytami, a nie partnerami.

Mam sposobność mieć do czynienia  i z takimi osobami, których nieuporządkowane życie było powodem cierpienia kogoś bliskiego, było ranieniem, było zemstą w zacietrzewieniu i w zapętleniu emocjonalnym. Spotykałem też takie, które myliły wolność z samowolą, z  egoizmem i z egocentryzmem.

   Większość terapeutów koncentruje się na deficytach, dysfunkcjonalnościach i mankamentach. Wnioskuję, że osobliwością pana terapii jest nie tylko zauważanie deficytu, wady, problemu, ale dominujących potrzeb i pokładów dobra oraz innych przymiotów. Zauważam, że szuka ich pan u swego podopiecznego do budowania fundamentu zmian.

Zaplecze techniczne gabinetu

Zaplecze techniczne gabinetu

    Staram się w terapii, w procesie transformacyjnych i formacyjnych oddziaływań, odwoływać do mocnych obszarów osobowości, czynić je fundamentem zmian i wyjścia ku lepszej, bardziej przystosowawczej i radośniejszej przyszłości z wykorzystaniem ścieżek do rozwoju osobowego. W swoim transformacyjno-formacyjnym oddziaływaniu staram się przełamywać stereotypy i zachęcam do wejścia na nowe szlaki do nowych celów. Poszukuję dobrych i mocnych stron osobowości, ustalam dominujące potrzeby, by na nich budować proces zmian. Uczę wychodzić poza utarte schematy myślenia, które do tej pory nie pozwoliły jednostce na pokazanie pełni możliwości. Staram się chronić bogaty potencjał osobowy przed dezintegracją, przed zubożeniem. Pomagam szukać ukrytego znaczenia w nieuniknionym cierpieniu i dróg przebaczenia sobie i innym.

Gdy widzę u osoby podopiecznej  trudność w werbalizowaniu jej stanu psychicznego i duchowego funkcjonowania, to dopuszczam możliwość przedstawienia mi go w formie pisanej. Czasem ta forma komunikacji ze mną okazuje się być nadzwyczaj wydajna. Wiele osób z takiej formy korzysta. Ułatwia to Internet.

Jeśli mój pacjent obdarza mnie zaufaniem, czuję się zaproszony do jego życia, w labirynt jego lęków, dylematów, rozterek, ambiwalencji, wahań, trudnych wyborów, na obszary zaniedbane, w rejony zdeprywowanych potrzeb i deficytów z przeszłości. Z rozsypanych puzzli życia, rozrzuconych w nieładzie na przestrzeni czasu, próbujemy razem układać sensowną mozaikę na ten i przyszły czas, na te okoliczności, w które wejść należy, które niesie życie. Spotykamy się z „demonami” przeszłości, które po przepracowaniu stają się niegroźne. Odrzucamy rozpoznane kalki przeszłości rzutowane na teraźniejszość. Stwarzam warunki i zachęcam do budujących doświadczeń kreujących prawdziwą bliskość. Zachęcam do podejmowania wyzwań, do wejścia bez obaw na obszar zaufania, bliskości, akceptacji, wsparcia, czułości i miłości. Wyjaśniam, że jeśli ktoś obawia się czuć ból związany ze zranieniem, utratą, odrzuceniem – odbiera sobie również to, co przyjemne i wyjątkowe. Staram się uświadamiać, że idea bezpieczeństwa emocjonalnego, o jaką walczy jednostka, (by uchronić się przed rozczarowaniem, opuszczeniem), prowadzi do utraty satysfakcji z życia. Może w tej swojej „samotni” ma iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa, ale to co się wiąże ze smakiem życia jest jej niedostępne. Smak życia tworzy cała paleta emocji, również, a może w szczególności, związana z relacjami z ludźmi. Zachęcam do werbalizowania uczuć na różne sposoby, zachęcam do wyjścia ku ludziom. Pomagam wyjść z duchowej pustyni, pożegnać pustkę egzystencjalną, naładować akumulatory życia, przywrócić marzenia, znaleźć sens, obudzić drzemiące moce, rozpoznać bariery na drodze do celów, działać w oparciu o silne strony. Uczę, podpowiadam, zachęcam do wyrażania swoich potrzeb, towarzyszę i daję wsparcie, by osoba podopieczna mogła podjąć starania o nowy kształt życia, o godność i zachwyt nad nim – nawet w pochmurne dni. Zachęcam do łamania schematów, do przezwyciężania stereotypii i przełamywania złych konwencji.

 

   Domyślam się, że pana praca to czasem swoista archeologia psychologiczna, to eksploracja wielu obszarów ludzkiego bytowania, to pochylanie się nad złożonością i różnorodnością stanów emocjonalnych, to wędrówki po labiryntach i rozwiązywanie wieloczynnikowo determinowanych problemów. Co daje panu taka praca i w czym wyraża się pana satysfakcja?

   Cieszę się, gdy mój ślad w życiorysie pacjentów okazuje się być znaczący, gdy spotkania ze mną ubogacały, nobilitowały, podnosiły z klęczek i upokorzenia, gdy wzmacniały i uszlachetniały, gdy pozwalały przezwyciężać nieśmiałość. Mam satysfakcję, gdy moi podopieczni dobrze radzą sobie z realiami życia, gdy potrafią godnie walczyć z przeciwnościami i mierzyć się z trudnościami. Cieszę się też, gdy moi pacjenci potrafią wykorzystać narzędzia, w które wyposażyła ich terapia.  Mam satysfakcję, gdy pacjent obdarza mnie zaufaniem,  gdy wpuszcza mnie  do serca i do pamięci -  czasem na długie lata. Jestem rad, gdy otrzymuję wiadomości, iż moi pacjenci są wspaniałymi ludźmi w szczęśliwych rodzinach. Napawa mnie dumą i wypełnia radością fakt, że moi  podopieczni mają w swoim życiu dużo słońca, które rozdają w pochmurne dni, gdy ich ciepłem ogrzewają się inni, gdy przekazują dobro najbardziej potrzebującym. Cieszy mnie i to, gdy uda mi się odczytać melodię samotnych serc , wzmocnić u kogoś poczucie własnej wartości i  wydobyć z bolesnej rzeczywistości. Cieszę się gdy pozostawiam swój dobry ślad w cudzej biografii, gdy komuś udaje się doświadczać dotyku Nieba. Terapia bywa dla mnie fascynującą wędrówką po wielobarwnych różnorodnościach i odcieniach ludzkiej egzystencji, po obszarach osobliwego przeżywania. Bywa zachwytem nad złożonością i bogactwem duchowej wspaniałości osoby w jej uwikłaniach, rozterkach, fascynacjach  i dylematach. Gdy pacjent obdarza mnie zaufaniem, gdy powierza mi swoje tajemnice i swój duchowy świat, to czuję się wyróżniony i zobowiązany jednocześnie. Czuję się odpowiedzialny za przekazany mi depozyt zaufania i dbam, by nie pomniejszyć jego zasobów, by dać wsparcie, by ubogacić relacją ze mną, by być animatorem rozkwitu osoby, by wnieść do życia pacjenta nowe nurty, świeży powiew,  szersze horyzonty i nowe nadzieje do samodzielnej wędrówki i cieszenia się smakowaniem życia.

I choć bywają trudne terapie, trudni pacjenci i różny czas  na otwarcie się, na zaufanie mi, to bywa, że po jakimś czasie razem fetujemy sukcesy którymi są:  transformacje osobowe, większa pewność siebie, lepsze radzenie sobie w życiu, pożegnanie patologii, przezwyciężenie nieśmiałości, dojrzalsze wybory życiowe, porzucenie starych smutków i dysfunkcjonalności, zamiana lęku w entuzjazm, poukładanie priorytetów, wspaniałe związki oraz  radosne wyjście ze ścieżyn ku ludziom na słoneczną i barwną autostradę życia.

To są landrynki mojej satysfakcji.

    W obrazie pana podopiecznych niejedna osoba mogłaby siebie odnaleźć. Bo któż z nas  nie ma zaniedbań na obszarze pielęgnowania ogródka wewnątrzosobowych i wewnątrzrodzinnych relacji? Któż z nas nie mierzył się z lękami codzienności? Przecież wielu z nas może uważać się za wrażliwego, a przez to za mało asertywnego? Któż z nas nie chciałby poprawić swoich relacji z innymi i żyć radośniej, akceptując innych i  pozwalając  im na rozwój? Któż z nas nie potrzebuje ładu egzystencjalnego i aksjologicznego? Jakże wielu z nas szuka lepszego i radośniejszego życia i nie wie, co to życie ogranicza. Nikt z nas przecież nie chce żyć życiem kategorii B. Może ktoś dzięki temu materiałowi uświadomi sobie, że bywa autokratą, zbyt inwazyjnym na cudze terytorium, mało delikatnym w stosunku do wrażliwych osób. Może dowie się, że zdarza mu się zachowywać niczym słoń w składzie porcelany, że bywa grubiański, egoistyczny i nietaktowny na obszarze cudzej wrażliwości. Może ktoś dojdzie do wniosku, że wchodzi na obszar cudzego życia, czyjegoś przeżywania, do cudzych komnat, bez pukania, wparowując do nich niczym wichura. Może ktoś wejdzie na drogę samorozwoju wspomaganego przez specjalistę. Może ktoś dzięki terapii uświadomi sobie, że przyczyną wywrotek życiowych, chorób i zaburzeń psychicznych jest pustka wewnętrzna i brak poczucia sensu życia. Z taką nadzieją przeprowadzałem ten wywiad.

Ja z takiej pomocy korzystałem i niniejszym materiałem chcę dać świadectwo, by także inne osoby mogły z niej skorzystać.

Dziękuję za poświęcony mi czas.

Rozmowę przeprowadził Wojciech Gozdowski

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Efektywność logopedy, Rozmowa ze specjalistą. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.